W 1860 r. największym wydarzeniem Wystawy Krajowej Sztuk Pięknych zorganizowanej w Warszawie był obraz Józefa Simmlera "Śmierć Barbary Radziwiłłówny". Znakomity malarz Wojciech Gerson pisał potem, że w sali z obrazem panowała cisza, z rzadka przerywana tylko westchnieniami pań. Wielkie uczucie działało na wyobraźnię. Nie tylko uczucie zresztą - także wielka namiętność, bowiem Barbara cieszyła się opinią bardzo wprawionej w sztuce erotycznej, a i król, pół-Włoch, miał w tej kwestii niemałe doświadczenie.

Królowa rządzi po wiekach

Śmierć w kompozycji Simmlera jest sferą bieli; życie - sferą koloru. Śmiertelną bladość twarzy i rąk zmarłej królowej wydobywają z bieli czepka i zdobnej koszuli subtelne gradacje barwy. Życie opuściło Barbarę przed momentem zaledwie; głowa i prawa ręka opadają miękko, bezwładnie. Rigor mortis jeszcze daleko, jeszcze można pozostawić ciało monarchini tak, jak ułożone było w chwili, gdy wydała ostatnie tchnienie - zachwycał się obrazem Simmlera Włodzimierz Kalicki, dziennikarz "Wyborczej" specjalizujący się m.in. w tematach dotyczących malarstwa.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej