Niemcy przychodzili w nocy lub nad ranem. Łomot do drzwi i ryk: "In fünfzehn Minuten raus!". Czasami dawali więcej czasu, żeby zebrać najpotrzebniejsze rzeczy, prowiant na dwa-trzy dni i co jeszcze zmieści się w podręcznym bagażu. Ktoś zapakował rodzinny album, ktoś inny słoik miodu, butelkę wódki. Dla 14-letniej Marysi z Gniezna najważniejsze były łyżwy. Jej ojciec zdjął ze ściany obrazek Matki Boskiej, ale Niemcy nie pozwolili mu go zabrać, bo podejrzewali, że za ramą mogą być ukryte biżuteria i pieniądze, które podlegały natychmiastowej konfiskacie.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej