Na początku lat 70. Warszawę obiegła wieść, że kilku gitowców z Pragi-Północ zabiło taksówkarza. Chcieli jechać nad morze i potrzebowali samochodu. Z niewiadomych przyczyn nad morze się nie wybrali, ale przez kilka dni jeździli ze zwłokami mężczyzny w bagażniku i pili na umór. W końcu komuś wydało się podejrzane, że grupa nigdzie niepracujących młodych ludzi ma samochód, doniósł o tym na milicję i zabójcy trafili do więzienia.

Być może to o nich 55-letni Andrzej Heman "Haszan", były gitowiec i bard "ludzi" z Mokotowa, pracujący dziś jako szatniarz, śpiewa zachrypniętym głosem tęskną balladę: Za bandyckie napady skazany i przemocą wtrącony do krat, młody więzień zakuty w kajdany z żalem patrzy na wolny ten świat ...

- Andrzej Heman należy do nielicznych gitowców, którzy przyznają się do swojej przeszłości. Większość z nich nie żyje albo mieszka w przytułkach zniszczona przez długie wyroki, alkohol i choroby. Ci, którzy dotrwali do naszych czasów, zresocjalizowali się i chcą zapomnieć - mówi Kuba Nagabczyński, współautor (wspólnie z Mirosławem Majeranem) filmu dokumentalnego "Gitowcy".
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej