W rodzinie Ejsmontów tradycji żeglarskich nie było, ale gdy w 1945 r. pięcioletni wówczas bliźniacy Piotr i Mieczysław przyjechali z rodzicami z Grodna do Węgorzewa na Pojezierzu Mazurskim, szybko połknęli bakcyla. - Po dwóch latach pobytu umieli już pływać, a po kilku dalszych rozpoczęli żeglowanie. Od tego czasu, na całe chyba życie, zamiłowanie do żeglarstwa pozostaje ich największą namiętnością - mówił mecenas Łyczywek, którego słynną mowę sądową przechowuje jego syn Włodzimierz, również adwokat.

Jak wyjść w morze?

Już w szkole podstawowej Ejsmontowie zapisali się do klubu żeglarskiego i zaczytując się w książkach o morzu, marzyli o dalekich rejsach. Naukę w Technikum Rybołówstwa w Giżycku rzucili po roku i pojechali na kurs marynarski do Gdyni. Jednak niespodziewanie kurs został odwołany, udało im się jedynie odbyć kilka rejsów po Bałtyku na dużych jachtach szkoleniowych "Zawisza Czarny" i "Henryk Rutkowski". Po powrocie do Węgorzewa podjęli pracę jako sprzedawcy biletów w kasie dworca kolejowego i dalej marzyli o morzu. - Na jeziorach nie mogliśmy usiedzieć - mówili wiele lat później w wywiadzie dla radia Głos Ameryki . - Rejsy na statkach Szkoły Rybołówstwa Morskiego, najpierw w charakterze załogantów, a potem bosmanów, przekonały nas, że jedno jest dla nas miejsce, a jest nim morze. Ale niełatwo było wtedy na nie wypłynąć.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej