Po wojnie krążył żart, iż jedynym rządowym politykiem z prawdziwego zdarzenia był premier Sławoj-Składkowski; miał poczucie rzeczywistości - kazał malować płoty i stawiać klozety na podwórkach, wiedząc, że w Polsce nic lepszego zrobić się nie da - wspominał w latach 90. pisarz i eseista Kazimierz Brandys.

Te żarty nie znaczą, że w tej dziedzinie nic nie było do zrobienia. Przeciwnie.

- Polskie kolonie zaczynają się za Rembertowem - miał powiedzieć minister spraw zagranicznych Józef Beck, odnosząc się do planów ekspansji kolonialnej, które w dwudziestoleciu snuła część piłsudczykowskiej elity. Nie chodziło mu tylko o to, że Polska jest krajem za słabym, żeby wydawać fortunę na kolonialne fanaberie, ale także o to, że jest krajem biednym i zacofanym cywilizacyjnie, zwłaszcza ta Polska na wschód od Warszawy. Symbolem zacofania były okropne drogi, na które podróżujący przez Rzeczpospolitą przybysze z Zachodu narzekali już od XVI w., a także powszechny zdaniem cudzoziemców brud i niski poziom higieny.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej