O tym, że Włosi wolą nie myśleć o swym udziale w II wojnie światowej, przekonuję się co krok. Weźmy obelisk przed rzymskim Foro Italico z wielkim napisem "Mussolini Dux", czyli "Wódz Mussolini". Kiedy pytam, dlaczego go wciąż odnawiają, odpowiadają, że przez wierność historii. Dla większości młodych ludzi postaci stojące na cokołach to figury bohaterów, a więc i Mussolini musiał być wielkim człowiekiem.

Kiedy przyznaję, że w okupowanej Polsce obok bohaterów byli również szmalcownicy, zawsze znajdzie się jakiś rzymianin i powie, że oni, Włosi, żadnego Żyda nie tknęli palcem. A gdy pytam o prawa rasowe z 1938 r., wzruszają ramionami i mówią, że zostały wprowadzone pod dyktando Hitlera, ale nikt ich nie chciał i nie przestrzegał.

Cóż, wielka włoska literatura mówi co innego. Znakomity pisarz Andrea Camilleri pisał: "Pamiętam, jak w 1945 r., trzy miesiące po wyzwoleniu,...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.