Dworca kolejowego w Borisoglebsku, mieście w guberni tambowskiej (ok. 200 km na wschód od Woroneża), pilnowały patrole. 16 stycznia 1906 r. miał tam przyjechać radca zarządu gubernatorskiego Gawriła Łużenowski, który rok wcześniej wsławił się brutalnym zdławieniem chłopskich buntów w guberni. Łużenowski się nie patyczkował - na jego rozkaz kozacy strzelali bez ostrzeżenia do bezbronnych chłopów, a pojmanych bili i poniżali. To właśnie dzięki takim jak on zaraza rewolucji 1905 r. nie rozprzestrzeniła się na prowincji i nie było też przypadkiem, że rewolucjoniści postanowili go zgładzić.

Zanim pociąg wtoczył się na dworzec, żandarmi usunęli z peronu osobników, którzy wydali im się podejrzani, ale nie zwrócili uwagi na niewysoką dziewczynę w stroju gimnazjalistki. I to ona właśnie zaczęła strzelać do Łużenowskiego, trafiając go w brzuch, pierś i rękę.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej