Po Polsce krążył wówczas inny dowcip. Starsza pani wsiada do samolotu z Warszawy do Wrocławia, idzie do kabiny pilotów i stukając laską, mówi:

- Panowie, ja chcę lecieć do Wrocławia.

- Tam właśnie lecimy.

- Wasi koledzy też tak mówili, a ja już trzy razy lądowałam na Tempelhof.

Porywacze najczęściej wybierali właśnie to zachodnioberlińskie lotnisko, bo znajdowało się zaledwie 80 km od granic PRL-u. Do Wiednia trzeba było lecieć dłużej, a na duński Bornholm ponad 100 km, nad morzem, w obszarze szczególnie patrolowanym przez polskie i radzieckie myśliwce.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej