Oblewa nas już istna powódź nędzy. Statystyka wykazuje zatrważającą ilość ludzi pozbawionych pracy, a statystyka obejmuje przecie tylko część bezroboczych (...). A każda cyfra w statystyce i poza statystyką - to niekończące się nigdy, beznadziejne dni niedostatku, niedojadania, często dosłownego głodu, rozpaczliwych warunków mieszkania, strzępów, wiszących na ciele zamiast ubrania.

Tak 15 kwietnia 1936 r., w przeddzień lwowskiej tragedii, pisał w "Kurierze Warszawskim" Adam Grzymała-Siedlecki, znany wówczas publicysta, krytyk literacki oraz zwolennik Narodowej Demokracji opozycyjnej wobec rządzącej od 10 lat sanacji.

Bezrobotni są wszędzie

Położenie większości społeczeństwa wciąż było złe lub dramatycznie złe, chociaż w podręcznikach można dziś przeczytać, że Polska wychodziła wówczas z Wielkiego Kryzysu, który zaczął się w 1929 r., a więc trwał już sześć lat. W tym okresie produkcja przemysłowa spadła aż o 60 proc.

Bezrobocie wśród pracowników umysłowych wzrasta. Sytuacja tych ludzi jest tragiczna zwłaszcza, iż niepodobna się łudzić, aby w rychłym czasie mogła nastąpić poprawa konjunktury w takiem znaczeniu, by powstały nowe warsztaty pracy - pisał "Kurier Warszawski" 16 kwietnia. Powstawały różnego rodzaje organizacje samopomocowe, w Ostrowcu Kieleckim na przykład bezrobotni urzędnicy założyli spółdzielnię Zespół Pracy robiącej niemal wszystko - od pisania podań po prowadzenie robót budowlanych.

Tłumy garną się do kuchni dla bezroboczych na rogu Rozbrat i Fabrycznej [w Warszawie ], gdzie można dostać talerz zupy za 5 groszy, ale i o to nie łatwo - donosił "Kurier Warszawski" w tym samym numerze. Prowadząca tę kuchnię pani Jesionowska z towarzystwa Dzielmy Się skarżyła się reporterowi "Kuriera", że za zupy zbiera od 5 do 10 zł dziennie, a koszty ich przygotowania oraz utrzymania lokalu wynoszą ok. 20 zł. Dwie jej pracownice dostawały obiady i 20 zł miesięcznie. - Ilość stołowników ciągle wzrasta, bo ilość nędzarzy jest wielka - mówiła "Kurierowi" Jesionowska i przewidywała, że niedługo stanie przed koniecznością albo odmawiania obiadów nawet najbiedniejszym, albo powiększenia lokalu. Chwaliła też stołowników, którzy - choć w większości byli ludźmi prostymi - zachowywali się grzecznie i nie zdarzyło się ani jedno zajście.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej