Osiemnaście lat wcześniej właśnie w stolicy Wielkopolski zaczęła się jego przygoda z harcerstwem. W Państwowym Gimnazjum św. Jana Kantego działała 21. Poznańska Drużyna Harcerzy im. Tadeusza Rejtana, a tak się złożyło, że 11-letni Florian Marciniak trafił do tej właśnie szkoły, gdy ze swej wsi Gorzyce pod Czempiniem w powiecie kościańskim przyjechał uczyć się do Poznania. Spodobali mu się harcerze, ich mundurki, a kiedy wstąpił do drużyny, szybko zaczął się wyróżniać: został zastępowym, potem przybocznym, wreszcie drużynowym.

Zbiórki odbywały się w zorganizowanej w piwnicach gimnazjum harcówce. Mroczne pomieszczenie o łukowatych sklepieniach z cegły, ogień płonący w kominku, pniaki zamiast krzeseł, lampki naftowe - wszystko to robiło na harcerzach wrażenie.

Nagle z głębi harcówki wchodzi starszy kolega i daje komendę: Baczność! Grupa chłopców niezdarnie podrywa się z miejsc. Wchodzi szczupły piątoklasista, odbiera meldunek, daje komendę: Spocznij! Chłopcy zajmują miejsca. Przedstawia się nam: Jestem przybocznym drużynowego, nazywam się Florian Marciniak; mnie podlegać będą najmłodsze zastępy, aż do klasy czwartej! Na wszystkich twarzach zaczyna malować się powaga i szacunek dla starszego kolegi - wspominał Mieczysław Namysł, w czasie okupacji żołnierz Szarych Szeregów.

W 1934 r. Marciniak zdał maturę, rok później był już podharcmistrzem, a w 1938 r. - harcmistrzem, jednym z najmłodszych w Związku Harcerstwa Polskiego. Po skończeniu prawa na Uniwersytecie Poznańskim pracował w banku, a wolny czas poświęcał harcerzom - zloty, obozy, kursy harcerskie - to był jego żywioł. Funkcji pełnił mnóstwo, był m.in. drużynowym swej macierzystej 21. Poznańskiej Drużyny Harcerzy.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej