Kiedy we wrześniu 2014 roku 81-letni Adolfo Suárez umierał w Madrycie, najpewniej nie zdawał sobie już sprawy, kim był. Cierpiał na alzheimera. Ale rodacy zapamiętali go dobrze - takich hołdów składanych zmarłemu politykowi nie pamięta demokratyczna Hiszpania.

Na cztery supły

Umierając jesienią 1975 r., dyktator Francisco Franco sądził, że zostawiał Hiszpanię "zawiązaną na cztery supły", jak mawiał. Jego następcą miał być król Juan Carlos mający wiernie wykonać testament generalissimusa, czyli zachować nacjonalistyczno-katolicko-militarną autokrację. Do pilnowania królewskiego dziedzica Franco pozostawiał radę królestwa składającą się z jego zapiekłych zwolenników mających nie dopuścić, aby w Hiszpanii - czy to pod szyldem monarchii, czy republiki - zapanował liberalizm.

Wydawało się, że bez przewrotu nie da się skruszyć gmachu dyktatury budowanego od czasu, gdy Franco wygrał wojnę domową (1936-39), a strzeżonego przez wojskową i cywilną gerontokrację. Młody następca tronu, którego pretorianie dyktatora mieli za jego popychadło, a nielegalna opozycja socjalistów i komunistów marząca o przywróceniu republiki nieledwie za idiotę, wydawał się kukłą na wystawie antykwariatu. Czego zresztą można się było spodziewać po księciu, kształconym od dziesiątego roku życia przez ponurych księży i oficerów, których generalissimus wyznaczył do tego zadania?
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej