Trzeba mieć świadomość, że wchodzimy za opłotki miejskiej legendy. Co w niej prawdziwe, co przesadzone, a co wymyślone dla draki? Sprawdzić to trudno, a i bez sensu, bo legenda musi być barwna, a nie od początku do końca prawdziwa. Legenda ta rodziła się w czasach, kiedy późnolistopadowy deszcz był bardziej dokuczliwy i paskudny niż dzisiaj, a ze zmokłych, dziurawych warszawskich ulic, z murów pokrytych liszajami skruszałego tynku wydobywał kolejne, jeszcze bardziej dołujące odcienie szarości, smutku i beznadziei. Czyli w latach 50. i 60., a umocniona została w dekadzie następnej.

Przecież dobrze wiadomo, że wówczas po "kalece" (albo "inwalidzie" - termin ten zależał od knajpy i odmiany slangu), czyli tatarze z wbitym jednym jajkiem, lub meduzie (galaretce wieprzowej, w późnym PRL-u zastąpionej, z braku świń, drobiową) skonsumowanych wieczorową porą i obowiązkowo popitych "lornetą" (dwie setki w tzw. literatkach) można było się porzygać, a nawet solidnie zatruć (z tego powodu z czasem do tatara nie dodawano jajka - bo salmonella na skorupkach albo inne świństwo). A i tamta wódka smakowała często paskudnie.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej