W połowie grudnia 1918 r. kapitan Stanisław Taczak, do niedawna oficer niemiecki, a wtedy już członek Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, poprosił przełożonych o urlop i po cywilnemu wyjechał z Warszawy do zrewoltowanego Berlina - niepokoił się o mieszkającą tam żonę i dwójkę dzieci. Upewniwszy się, że najbliżsi są bezpieczni, wsiadł do pociągu powrotnego, ale po drodze do Warszawy postanowił zatrzymać się w Poznaniu, by odwiedzić siostrę Marię i brata Teodora, prałata tamtejszej katedry. Gdy wieczorem 28 grudnia wysiadł z pociągu na poznańskim dworcu, w mieście od dwóch dni trwały walki.


Wielkopolscy politycy gorączkowo poszukiwali wówczas kandydata na dowódcę oddziałów powstańczych, więc kiedy prałat Taczak poinformował ich, że jest u niego brat, oficer polskiego sztabu, uznali, że to po prostu dar niebios. Kapitan Taczak pochodził z Wielkopolski, świetnie znał niemiecką armię (walczył w jej szeregach na froncie wschodnim) i miał znakomite kontakty w Warszawie.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej