Gdy z mównicy zszedł Louis Mirman, deputowany z Reims, na balkonie dla publiczności uniósł się blady, szczupły 30-latek. Siedząca obok kobieta zauważyła, że w dłoni trzyma rondel, i kiedy ciskał go w dół, na miejsca zajmowane przez posłów, instynktownie podbiła mu rękę. Zaraz potem rozległ się potworny huk, a na zgromadzonych - deputowanych i słuchaczy - posypał się grad metalu, gwoździ, haków, nakrętek.

Obrady trwają!

Chyba cudem tylko nikt nie zginął w eksplozji, do której doszło 9 grudnia 1893 r. w siedzibie Zgromadzenia Narodowego w paryskim Pałacu Burbońskim. Kilkadziesiąt osób zostało rannych, w tym wybrany niedawno na deputowanego biskup Jules Lemire, któremu gwóźdź rozorał tętnicę szyjną.

Draśnięty w policzek Charles Dupuy sześć dni wcześniej złożył stanowisko premiera, aby objąć godność przewodniczącego Zgromadzenia. I gdy lekarze wynosili rannych do urządzonego naprędce w barze punktu opatrunkowego, miał, przekrzykując harmider, zawołać: - Panowie, obrady trwają! Ale być może to tylko legenda.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej