Przystojny brunet o błękitnych oczach, który pojawił się w tej zakurzonej mieścinie w sercu pustyni Mojave w 1945 r., miał do wykonania ważne zadanie - sprawić, aby to miasto z dwoma zaledwie stacjami benzynowymi, kilkoma kiepskimi barami, hotelami i automatami do gier stało się centrum hazardu, a co za tym idzie - ziemią obiecaną amerykańskiej mafii.

Nazywał się Benjamin "Bugsy" Siegel. Był Żydem, którego przodkowie pochodzili z Podola, kumplem z lat dziecinnych Ala Capone, przemytnikiem alkoholu, mordercą. Oraz wspólnikiem Meyera Lanskiego, jednego z największych gangsterów tamtych czasów. Nie wywiązał się jednak z powierzonego mu zadania i dlatego musiał zginąć.

Vegas znaczy łąka

Na długo wcześniej, nim "Bugsy" zaczął przecierać szlaki dla biznesu rozrywkowego, pustynny trakt wiodący z Nowego Meksyku do Kalifornii przemierzała grupa sześćdziesięciu meksykańskich handlarzy pod wodzą Antonia Armijo.

Był rok 1829. Zbliżało się Boże Narodzenie, kiedy handlarze dotarli do północno-zachodniego krańca Arizony i rozbili tam obóz. Wysłany na poszukiwanie wody 18-letni Hiszpan Rafael Rivera po dwóch tygodniach samotnej wyprawy dotarł na wzgórze, z którego dostrzegł niemal rajską dolinę porośniętą trawą, krzewami i poprzecinaną strumieniami.

Nikt wówczas nie wiedział, że tysiące lat wcześniej pustynia Mojave była zielonym, bogatym w wodę obszarem, który z upływem czasu przykryły piaski. Woda pozostała jednak pod powierzchnią ziemi w postaci źródeł artezyjskich, a wypływając gdzieniegdzie pod dużym ciśnieniem, tworzyła oazy.

Sprowadzeni na to miejsce członkowie wyprawy byli zachwyceni; ktoś rzucił słowo "łąka". Po hiszpańsku łąka to vegas - i tak powstała nazwa Las Vegas.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej