Przystojny brunet o błękitnych oczach, który pojawił się w tej zakurzonej mieścinie w sercu pustyni Mojave w 1945 r., miał do wykonania ważne zadanie - sprawić, aby to miasto z dwoma zaledwie stacjami benzynowymi, kilkoma kiepskimi barami, hotelami i automatami do gier stało się centrum hazardu, a co za tym idzie - ziemią obiecaną amerykańskiej mafii.

Nazywał się Benjamin "Bugsy" Siegel. Był Żydem, którego przodkowie pochodzili z Podola, kumplem z lat dziecinnych Ala Capone, przemytnikiem alkoholu, mordercą. Oraz wspólnikiem Meyera Lanskiego, jednego z największych gangsterów tamtych czasów. Nie wywiązał się jednak z powierzonego mu zadania i dlatego musiał zginąć.

Vegas znaczy łąka

Na długo wcześniej, nim "Bugsy" zaczął przecierać szlaki dla biznesu rozrywkowego, pustynny trakt wiodący z Nowego Meksyku do Kalifornii przemierzała grupa sześćdziesięciu meksykańskich handlarzy pod wodzą Antonia Armijo.
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej