Pamiętam, jak tłumek z gdańskiego kina Leningrad wylał się na ul. Piwną i jak ze zdumieniem obserwowałem chłopaków, którzy nagle zaczęli dziwnie wymachiwać kończynami. To było po premierze "Wejścia smoka" - opowiada prof. Mirosław Przylipiak, historyk i teoretyk filmu.

- Po "Wejściu smoka" w mojej podstawówce natychmiast wzrosła liczba krwawych bójek, co wprawiało nauczycieli w rozpacz - zapamiętał Kacper z Gdyni. - Żeby upodobnić się do Bruce'a Lee, rysowaliśmy mazakiem trzy szramy na policzku, ale byli i tacy, co wycinali je sobie żyletką! Każdy chłopak klecił z drewna i sznurka nunczako [dwie pałki połączone zwykle łańcuchem lub linką]. Inicjatywa prywatna szybko odpowiedziała na zapotrzebowanie - na rynku pojawiły się pałki połączone łańcuchem, rozbitych głów było co niemiara.

- Chodziłam regularnie do DKF-u [Dyskusyjny Klub Filmowy] w Łomży i płakałam na "Dawno temu w Ameryce", a w Brusie Lee zakochałam się od razu. Nie wiedziałam nawet, że ten aktor już dawno nie żyje - mówi Marta, wówczas licealistka. - Miał śliczne buciki. Kupowałyśmy zwykłe tenisówki, wycinało się sznurowadła, sztukowało gumą, farbowało na czarno. Każda dziewczyna miała takie buty.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej