Pierwszego września 1666 r. Samuel Pepys, wysokiej rangi urzędnik królewski i zarazem autor znakomitego, prowadzonego w tajemnicy dziennika, był bardzo zajęty. Całe rano spędził w urzędzie, a po powrocie do domu - jak zanotował - przykazał cudnie wysprzątać nowy gabinet, żeby pokazać go gościom, których razem z żoną zaprosili na następny dzień. Następnie poszedł do teatru, potem jeszcze do gospody, gdzie jadł, pił oraz bawił się tak dobrze, że do domu wrócił, śpiewając. Napisał jeszcze kilka listów i poszedł spać.

Panie Pepys, pali się

2 września w nocy obudziła go służąca Jane, która nie spała do późna, bo szykowała jedzenie dla gości. Pan domu wstał zaspany, a zobaczywszy w oddali płomienie, uznał, że to nic groźnego, i znów się położył.

Około siódmej rano wstał, zabrał się do porządkowania nowego gabinetu, ale służąca powiedziała mu, że podobno spłonęło już 300 domów i miasto wciąż się pali. Oddajmy głos Pepysowi:
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej