24 stycznia 1969 r., godz. 16.35, lot nr 149 z Okęcia na lotnisko Strachowice we Wrocławiu. Za sterami samolotu An-24 o numerach rejestracyjnych SP-LTE siedzą kapitan Rudolf Rembieliński i drugi pilot Czesław Kamiński. Oprócz nich na pokładzie są mechanik pokładowy Henryk Kruk, stewardesa, 44 pasażerów oraz mały piesek.

Gdy samolot odrywa się od pasa, stewardesa zaczyna rozdawać cukierki. Po niespełna godzinie spokojnego lotu antonow zaczyna zmniejszać wysokość, nadchodzi koniec podróży.

Komunikat ''zapiąć pasy'' to znak, że zaraz lądowanie. Gdy Katarzyna Majewska patrzy w okno, widzi ciemność - za szybą gęsta mgła. A po chwili zamiast delikatnego zetknięcia z betonowym pasem pasażerowie czują gwałtowne uderzenie. - W kabinie zgasły światła, gwałtownie trzęsło, sufit samolotu nade mną zaczął się zwijać. Chwilę później zobaczyłam za oknem oślepiający błysk - opowiada Majewska, która wracała z Warszawy z podróży służbowej.

Nikt nie krzyczał

Samolot zahaczył prawym skrzydłem o drzewa, przechylił się o prawie 40 stopni i zawadził skrzydłem o ziemię, zostawiając ślad o długości 40 m. Potem zerwał sześć przewodów linii wysokiego napięcia (30 tys. woltów) i wszystkie przewody trakcji PKP Wrocław - Wałbrzych. Na koniec zaczepił o przewody zwrotnic kolejowych, przewrócił słup oświetleniowy i uszkodził wysunięte już podwozie. Wreszcie z prędkością ponad 200 km na godzinę uderzył w ziemię.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej