Gauleiter Prus Wschodnich Erich Koch (pierwszy z prawej) był zwolennikiem walki do końca. Na zdjęciu z Reichsführerem SS Heinrichem Himmlerem (pierwszy od lewej) oraz feldmarszałkiem Wilhelmem Keitlem (w środku) podczas apelu członków Volkssturmu w Prusach Wschodnich. Jesień 1944 r.

Szczycący się legitymacją NSDAP z numerem 90 Koch był jednym z największych zbrodniarzy, jacy kiedykolwiek siedzieli w polskich więzieniach.

A to niezwykłe spotkanie hitlerowskiego zbrodniarza i jednego z przywódców pierwszej "Solidarności" miało miejsce w stanie wojennym, gdy Władysław Frasyniuk został osadzony w Barczewie (w dzisiejszym woj. warmińsko-mazurskim), nominalnie więzieniu dla morderców. Frasyniuk opowiedział Teresie Torańskiej jeszcze taką anegdotę związaną z Erichem Kochem: - Parę tygodni później jest zadyma, uczestniczę w niej. Znowu mnie pobili i wrzucili na dechy. Wychodzę na spacerniak, sam, bo z izolatki, słoneczko, ciepło, rozciągam się, tu boli, tam mięśnie mam naderwane. W oknie znowu siedzi Erich Koch. Mówi: ''Frasyniuk, jak oni cię nie zabić, komuna kaput''. Prorocze słowa.

Rozmowa z Władysławem Frasyniukiem: Frasyniuk, nie bądź taki kozak



Skazany na śmierć

13 marca 1965 r. do XIV pawilonu więzienia w Barczewie przywieziono 69-letniego więźnia. Przed wprowadzeniem do celi został dokładnie przeszukany. - Oprócz drobiazgów, jakie miał przy sobie, były wycinki z okresu okupacji - wspominał Jan Lewandowski, były oddziałowy w Barczewie.

Dwadzieścia lat po zakończeniu wojny Erich Koch, gauleiter Prus Wschodnich i komisarz Rzeszy na Ukrainie, powrócił na tereny, którymi niegdyś władał. Wracał z wyrokiem śmierci - w marcu 1959 r. polski sąd uznał go za winnego śmierci co najmniej 72 tys. Polaków i ponad 200 tys. Żydów. Ofiar Kocha było więcej, ale sąd mógł brać pod uwagę tylko zbrodnie, których dopuścił się w okręgu ciechanowskim, suwalskim i białostockim, czyli na terenach dawnej Rzeczypospolitej.


W ręce brytyjskiej policji wpadł dopiero w 1949 r. w Hamburgu. W 1950 r. jako odpowiedzialny za ludobójstwo na terenach dawnej Polski został przekazany Warszawie. Jego proces przed warszawskim sądem wojewódzkim rozpoczął się dopiero dziewięć lat później i trwał zaledwie pięć miesięcy.
Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej