Premier Fidel Castro w Nowym Jorku, do którego przybył na zaproszenie Klubu Prasowego. W ręku trzyma gazetę informującą o odkryciu spisku na jego życie. Zdjęcie zostało zrobione 23 kwietnia 1959 roku w nowojorskim klubie prasy zagranicznej

Castro wchodzi do studia telewizyjnego, aby wygłosić wielogodzinne przemówienie. Zapala się czerwona lampka. Comandante peroruje, ale nie wie, że przez system wentylacyjny sączy się substancja halucynogenna. Słowa są coraz bardziej bełkotliwe, ruchy nieskoordynowane. Zdumieni Kubańczycy przerywają zajęcia i gromadzą się przed telewizorami. Fidel śmieje się, wymachuje rękami, drapie się po brodzie. A jego słynna broda - to niebywałe! - wychodzi garściami. Kubą wstrząsa śmiech. Naród wychodzi na ulice i obala dyktatora. W Hawanie lądują śmigłowce USA. Koniec rewolucji!

Taki mniej więcej scenariusz kiełkował w głowach szefów Centralnej Agencji Wywiadowczej myślących na początku lat 60., jak obalić Castro. Rozważane plany zamachów, o których można przeczytać w ujawnionym parę lat temu raporcie inspektora generalnego CIA, sprawiają wrażenie, jakby ich autorzy sami byli pod wpływem halucynogenów.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej