Można się zastanawiać, co pięknego widzieli w niej współcześni. Stanisław Poniatowski pisał, że "usta ma do całowania, kibić wiotką, oczy prześliczne, wyraziste, niebieskie, płeć jasną" - jednym słowem kreował ją na ówczesny ideał piękności. Mamy jednak wizerunek czterdziestoletniej Katarzyny namalowany z natury przez Heinricha Buchholza. Widzimy na nim panią mocno już się podstarzałą, z wyłupiastymi oczami, skłonnościami do tycia, a nawet - powiedziałbym - otyłą. Zwiewności próżno szukać w jej postaci.

Była córką księcia Christiana Augusta von Anhalt-Zerbst, pruskiego generała osiadłego w Szczecinie, i Joanny Elżbiety z dynastii holsztyńskiej. Niemiecki był jej językiem ojczystym, ale należała do pokolenia, któremu zazdrościłem, że nie musiało się uczyć języków obcych, bo i na niemieckich dworach francuski był w powszechnym użyciu.

Rosyjskiego musiała się nauczyć i w pozostawionym pamiętniku opisała kłopoty, jakie z tym miała, że do nauki wstawała nawet w nocy, i to z bosymi nogami, a gdy się przeziębiła, niewiele brakowało, by lekarze wyprawili ją na tamten świat (bo wtedy najlepszą metodą leczenia niemal wszystkich chorób było puszczanie krwi). Jednak znalazła w sobie siły i przeżyła.
Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej