Grzegorz Religa, syn Zbigniewa: Tata nigdy się nie poddawał [LETNIA SZKOŁA OJCÓW]

wysłuchała Monika Redzisz
15.06.2015 01:00
A A A
Dr Grzegorz Religa: - Miałem trochę 'gorzej' niż koledzy, bo ojciec zawsze mnie bardziej opieprzał. Ale nie miałem o to pretensji. Na zdjęciu z tatą w lutym 2002 r.

Dr Grzegorz Religa: - Miałem trochę 'gorzej' niż koledzy, bo ojciec zawsze mnie bardziej opieprzał. Ale nie miałem o to pretensji. Na zdjęciu z tatą w lutym 2002 r. (Fot. Bogdan Krezel)

CYKL "W IMIĘ OJCA, CÓRKI I SYNA". "Wszystko jedno - zdasz czy nie. Widziałem, ile w to włożyłeś pracy. Wyluzuj". Za te słowa przed moimi egzaminami z kardiochirurgii jestem ojcu najbardziej wdzięczny - opowiada dr Grzegorz Religa*
Jestem kardiochirurgiem jak mój ojciec. Oczywiste, że od niego nauczyłem się podstaw zawodu, nawet nie w sensie dosłownym - zbyt krótko razem pracowaliśmy - ale w sensie podejścia; obserwowałem go przez kilkadziesiąt lat wspólnego życia. Ten zawód wymaga przede wszystkim uczciwości. Jeśli nie umiem czegoś zrobić i nie przyznam się do tego, to zrobię komuś krzywdę. Ojciec mówił, że ludzkie życie jest wartością najwyższą, a jego utrata jest ostateczna i nieodwracalna.

Kiedy byłem dzieckiem, rodzice mi ufali, co skutkowało tym lub wynikało z tego, że ich nie okłamywałem. Miałem niecałe 14 lat, kiedy puścili mnie samopas do Jarocina. Ojciec w domu bywał rzadko. Próbował się czasem zaangażować w życie domowe, pomóc mamie. Mówił, że ma dwie lewe ręce do "męskich prac". Śmiem w to wątpić - po prostu, żeby cokolwiek w życiu robić, trzeba wykazać choć cień zainteresowania, a jego to kompletnie nie obchodziło.

Ja generalnie rozrabiałem. Rodzice brali mnie wtedy na rozmowę. "Słuchaj, to, co zrobiłeś, było naprawdę beznadziejne" - mówili i to było bolesne. Raz ojca wezwali do szkoły, bo chcieliśmy kolegę wyrzucić przez okno, oczywiście w żartach.

Tylko raz dostałem od niego w tyłek. Miałem z siedem lat i bardzo brzydko odezwałem się do starszej siostry. Dostałem nie za słowo, tylko za użycie go wobec kogoś. To mnie nauczyło raz na zawsze, że nie wolno w ten sposób się odnosić do ludzi.

Najpiękniejsze wakacje przeżyliśmy w 1974 r. Rodzice zarobili w Stanach trochę pieniędzy i zabrali nas w podróż po Europie. Pojechaliśmy we czwórkę fiatem do Hiszpanii, z namiotem. Było super. Już w Łodzi zepsuł nam się samochód i cały dzień czekaliśmy na naprawę. Pamiętam niekończące się pole arbuzów za płotem naszego kempingu w Hiszpanii... Jeszcze raz pojechaliśmy do Grecji. Ale później ojciec poszedł do tego "cholernego" Zabrza i nie było już wspólnych wakacji.

Zdawałem na medycynę. Rodzice po medycynie, więc to było niby naturalne. Ale za pierwszym razem zabrakło mi paru punktów i nie dostałem się na studia w Warszawie; wystarczyło ich, żebym dostał się na Śląsku. Ojciec mógłby, gdyby chciał, załatwić u rektorów przeniesienie papierów. Ale nie chciał. Uważał, że dobrze mi zrobi, kiedy przez rok popracuję w szpitalu. I jestem mu za to bardzo wdzięczny. Zatrudniłem się jako salowy na urologii i był to doskonały wstęp do medycyny. Przekonałem się, że to zawód dla mnie. To była okropna praca, medycyna od najgorszej strony.

Szpital jest rodzajem więzienia, w którym pacjent jest na łasce lekarzy. Staram się o tym pamiętać. Lekarz musi traktować pacjentów jak ludzi; ten, który traktuje pacjentów jak przypadki, nie jest dobrym lekarzem, niezależnie od tego, jak dużo potrafi.

W IMIĘ OJCA, CÓRKI I SYNA,
CZYLI LETNIA SZKOŁA OJCÓW W "GAZECIE WYBORCZEJ"


Czego dobrego nauczyliśmy się od naszych ojców i chcemy przekazać dzieciom? Piszcie: wimieojca@wyborcza.pl.

Tekstów, wywiadów, poradników specjalistów, świadectw znanych Polek i Polaków oraz czytelników "Wyborczej" szukaj na Wyborcza.pl/tata.


Z ojcem pracowaliśmy razem od 2000 do 2005 r. Obawiałem się tego. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że należy się zachowywać normalnie. Miałem trochę "gorzej" niż koledzy, bo mnie zawsze bardziej opieprzał. Tłumaczył się: "No wiesz, ciebie jest mi łatwiej ". Nie miałem o to pretensji. Największy ochrzan dostałem przy projekcie dotyczącym komórek macierzystych. Przygotowałem komórki i wieczorem przekazałem je komuś, kto miał je zabezpieczyć do porannego zabiegu. Ale nie zrobił tego prawidłowo i zabieg nie mógł się odbyć. Takiego ochrzanu, jaki dostałem wtedy od ojca, nie dostałem nigdy. Myślę, że był o krok od tego, żeby mnie wyrzucić z pracy. W pierwszej chwili nadąłem się, uważałem, że to nie moja wina. Ale potem wyciągnąłem naukę mówiącą: jeśli jestem za coś odpowiedzialny, muszę dopilnować tego do końca.

Gdy ojciec w emocjach huknął, to wszyscy schodzili mu z drogi. Czasami ochrzaniał za mocno, czasami niesłusznie, ale potrafił przeprosić. Nigdy się go nie bałem. Wolę, jak ktoś ryknie, ale nie trzyma złych emocji. Jestem taki sam.

Jestem mu bardzo wdzięczny za to, jak się zachował przed moimi egzaminami specjalizacyjnymi z kardiochirurgii. To trudne egzaminy, a ich oblanie jest w środowisku obciachem. W noc przed egzaminem przyszedł do mnie i powiedział: "Słuchaj, wszystko jedno - zdasz czy nie. Widziałem, ile w to włożyłeś pracy. Wyluzuj". Doceniał też - tak jak wtedy, kiedy pracowaliśmy nad mechanicznym wspomaganiem serca. Doszliśmy do naprawdę fajnych rezultatów i ojciec umiał to zwerbalizować. Po dwóch, trzech latach wspólnej pracy poczułem, że stałem się dla niego partnerem.

Czasem jeździliśmy na ryby. To ja wciągnąłem w to ojca, mnie nauczył dziadek. Dziadek był nauczycielem, nadzwyczaj uczciwym człowiekiem. To on nauczył ojca szacunku do ludzi, niezależnie od ich funkcji. Pan profesor Zbigniew Religa kłaniał się pierwszy salowej - to nie była żadna poza. Mój ojciec wciągnął się w wędkowanie, zaczął brać udział w zawodach. Jutro jadę z Maćkiem, moim starszym synem, na zawody wędkarskie, te same, w których brał udział ojciec.

Jestem chyba podobnym ojcem do mojego: daję dzieciom dużo swobody. Mam wrażenie, że w zamian są wobec mnie szczere, tak jak ja byłem szczery wobec ojca. Czasem nie jest łatwo zaufać. Córka Marysia ma 16 lat i chciałaby się wieczorami włóczyć po modnych klubach nad Wisłą. To mi się bardzo nie podoba. Czuję się nieswojo i się niepokoję. Ale wiadomo - kiedyś ten moment musi nastąpić, trzeba się pogodzić.

Z młodym (Mateusz, trzy latka) jest trochę inaczej. W domu jestem ciut więcej. Kiedy się urodził, wziąłem miesiąc urlopu, żeby się nim zająć. Nie boję się małych dzieci; całą trójkę kąpałem i przewijałem, miałem głębokie poczucie, że się na tym znam lepiej niż kobiety. "Ona na pewno nie umie, zepsuje. Takiego małego łatwo zepsuć" - myślałem. Lubię moje dzieci, ich obecność. Młody szczęśliwie jest bardzo wygadany jak na swój wiek, można usiąść i sobie z nim normalnie porozmawiać. Jestem już stary i potwornie się o niego boję - młody jest taki szybki, bez przerwy się o coś rozbija.

Obaj z ojcem bardzo lubiliśmy "Mistrza i Małgorzatę". Ojciec przeczytał masę książek, nie mam pojęcia, kiedy znajdował na to czas. Miał w sobie wielką siłę, nigdy się nie poddawał. Ja, niestety, taki nie jestem - czasem odpuszczam.

Mój syn też myśli o medycynie, ale sam musi sprawdzić, czy to droga dla niego.

*Dr Grzegorz Religa - rocznik 1967. Kardiochirurg z II Kliniki Kardiochirurgii i Transplantologii Instytutu Kardiologii w Aninie, zaangażowany we współpracę z Fundacją Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu. Wykonał najwięcej w Polsce wszczepień sztucznych komór wspomagania serca


Przeczytaj biografię słynnego polskiego kardiochirurga Zbigniewa Religi >>





W CYKLU "W IMIĘ OJCA, CÓRKI I SYNA":

*Czego dobrego nauczyłeś/łaś się od ojca i co z tego chcesz przekazać dzieciom? Jak odpowiedział(a)byś na to jedno pytanie? I nie mów, że niczego dobrego, bo to niemożliwe - pisze Jerzy B. Wójcik, wicenaczelny "Wyborczej"

*Przez porno w internecie, śmieciowe jedzenie, nieuctwo i dzieciństwo bez ojców mężczyźni stali się żałośni. Zgadzacie się z diagnozą prof. Philipa Zimbardo?

*Tata to uosobienie ojca tradycyjnego: surowy i niewylewny, podejmował wszystkie ważniejsze decyzje w domu. Ja jestem bardziej soft. W domu same babeczki, tu jestem szeregowym - pisze gen. bryg. Rajmund T. Andrzejczak

*Coraz częściej od polskich mężczyzn oczekuje się zarówno sukcesów w pracy, jak i tego, że zajmą się małym dzieckiem. Znaleźli się w takiej samej sytuacji, w jakiej kobiety są od dziesięcioleci - twierdzi publicysta "Wyborczej" Adam Leszczyński

*Wszystkie teksty w serwisie Wyborcza.pl/tata

*Czekamy na Wasze listy: wimieojca@wyborcza.pl





W imię ojca, córki i syna, czyli Letnia Szkoła Ojców w "Gazecie Wyborczej"

Letnia szkoła ojców w "Gazecie Wyborczej". Czego dobrego nauczyliśmy się od naszych ojców i chcemy przekazać dzieciom? Piszcie: wimieojca@wyborcza.pl



Więcej o:
Zobacz także