Co roku o tym, że ma raka, dowiaduje się w Polsce 80 tys. kobiet i 80 tys. mężczyzn. Różnym metodom leczenia nowotworów (operacjom, radioterapii, leczeniu biologicznemu) często towarzyszy chemioterapia. Podawany doustnie lub dożylnie lek niszczy komórki nowotworowe, ale wywołuje też skutki uboczne, które sprawiają, że długo trwająca terapia skrajnie wycieńcza.

Pacjentom, którzy przyjmują leki dożylnie, chemioterapia rujnuje naczynia krwionośne. Chorzy i lekarze mówią że „chemia wypala żyły”. Wokół miejsc wkłucia pojawiają się siniaki i opuchlizna. Przy każdej kolejnej dawce coraz trudniej znaleźć miejsce, przez które da się zaaplikować lek. Jeden z chorych, o którym opowiadali nam lekarze, przeszedł za jednym razem 36 prób założenia wenflonu.

CZYTAJ TAKŻE:  Leczenie raka. Czy chemioterapia zawsze oznacza wymioty?

Podczas wlewu żyły pękają, dochodzi do wynaczynienia – lek przedostaje się poza naczynia żylne, rozlewa się w tkankach. Powstają trudno gojące się rany. Zdarza się, że pacjent przerywa leczenie, bo nie jest w stanie znieść bólu i stresu, które towarzyszą leczeniu. Szanse na pokonanie raka maleją.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej