Premier Beata Szydło zmiany w pogotowiu zapowiedziała dwa lata temu w exposé. Stwierdziła, że potrzebna jest „państwowa służba zbudowana na podobnych podstawach co inne służące ochronie obywateli”. Pogotowie miałoby zatem zostać znacjonalizowane i działać na podobnych zasadach jak policja i straż pożarna: zależeć w pełni od ministra i dostawać pieniądze bezpośrednio z budżetu.

Ale Ministerstwo Zdrowia wcale nie szykuje takiej zmiany. W kolejnych zgłaszanych przez resort projektach nowelizacji ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym (PRM) nie ma ani słowa o tym, że minister przejmie od samorządów pogotowie na własność. Resort chce tylko, wyeliminować z systemu ratownictwa prywatne pogotowia. NFZ będzie podpisywać kontrakty tylko z publicznymi ZOZ-ami albo spółkami, które w większości należą do samorządów lub państwa.

Ta zmiana miała nastąpić w 2021 roku. Okres przejściowy miał umożliwić zatrudniającym kilka tysięcy ratowników prywatnym podmiotom przygotowanie się do nowych reguł. Ale niespodziewanie 28 listopada ministerstwo zgłosiło autopoprawkę do projektu nowelizacji, który opublikowało zaledwie dzień wcześniej. Zgodnie z nią nie będzie okresu przejściowego. NFZ podpisze umowę z prywatnym pogotowiem tylko tam, gdzie nie ma żadnego publicznego. Skąd ta korekta? Ze względu na „ważny interes społeczny, jakim jest zapewnienie pomocy medycznej w obliczu zagrożenia (...), szczególnie istotne w czasach, w których oprócz powszechnie spotykanych ryzyk dla zdrowia i życia obywateli, narasta niebezpieczeństwo związane np. z atakami terrorystycznymi lub działaniami zbrojnymi, w których poszkodowanych może być wiele osób” – czytamy w uzasadnieniu wiceminister Katarzyny Głowali. Jakie działania zbrojne ma na myśli? Tego nie wyjaśnia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej