Ania urodziła Mateusza w 31. tygodniu ciąży w jednym z gdańskich szpitali. Wcześniak po narodzinach trafił do inkubatora. Mama nie zdążyła go zobaczyć. Chwilę później była już przy niej Marta.

– Kim jest ta pani? – spytała pielęgniarka. – To druga mama – odpowiedziała Ania. Kobiety pobrały się w Anglii. – To nie jest uznawane w Polsce – usłyszały. Pielęgniarka poprosiła o wskazanie w kwestionariuszu osób upoważnionych do odwiedzin dziecka. Ania wybrała siebie, ojca dziecka i Martę. – Mamy miejsce tylko na dwa nazwiska – powiedziała pielęgniarka.

– Nie mogłam zobaczyć własnego dziecka, bo nie zmieściłam się w formularzu – mówi Ania. Wpisała bliskich. Nie sądziła, że nie zostanie dopuszczona do własnego dziecka. Czekała cztery dni, by je zobaczyć. Zgodę wydał dopiero lekarz prowadzący. Reszta personelu odmawiała. – W międzyczasie na oddział neonatologii wchodzili dziadkowie dzieci, a nie jedynie rodzice. Tylko nas potraktowano w ten sposób – mówi Ania.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej