Film Mela Gibsona opowiada historię, która brzmi nieprawdopodobnie - po ataku na Pearl Harbor do amerykańskiej armii zaciąga się głęboko wierzący chłopak Desmond Doss. Ze względu na pacyfistyczne przekonania i wiarę w Boga nie chce na wojnie zabijać. Za swoją decyzję jest wyśmiewany i prześladowany, ale przełożeni przyznają w końcu, że ma do takiej postawy prawo. W walkach z Japończykami z wielkim bohaterstwem działa jako sanitariusz - chce ratować życie, a nie je odbierać. Kolejnymi czynami wzbudza zaufanie i podziw wśród kompanów.


Został sanitariuszem, by nie zabijać

Prawdziwy Desmond Thomas Doss zmarł dziesięć lat temu. O śmierci 87-letniego byłego sanitariusza napisały wszystkie największe gazety. 
Doss wstąpił do wojska w 1942 r., kiedy otrzymał kartę mobilizacyjną. Trafił do obozu szkoleniowego dla rekrutów, gdzie przeszedł szkołę życia. Koledzy z koszar drwili z jego wiary i pacyfizmu. Mężczyzna nie zmienił jednak swojej filozofii. Tak jak w filmie, tak i w rzeczywistości wynikała ona z wiary i nauki Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, do którego należał. Kiedy trafił do wojska, starał się więc znaleźć dla siebie zajęcie, które mógłby pogodzić z religijnymi zasadami. Poza moralnym sprzeciwem wobec zabijania ważna dla niego była także reguła o przestrzeganiu szabatu. W Kościele Adwentystów Dnia Siódmego sobota to dzień, w którym należy wstrzymać się od jakiejkolwiek pracy.
Dlatego, jak opisał jego biografię ”New York Times”, zdecydował się na wstąpienie do korpusu medycznego. Praca sanitariusza była zgodna z jego kodeksem, bo jak mówił, „Chrystus uzdrawiał w szabat”.

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.