Końcówka lipca. W środowe popołudnie do Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie karetki przywożą czwórkę wczasowiczów z Mielna. Wszyscy mają objawy ostrego zatrucia. Wymioty, biegunka, mocne odwodnienie. Jeden z chorych ma ze sobą siatkę z kilkoma grzybami. Liczy, że to pomoże szybciej postawić diagnozę. Lekarzom mówi, że resztę on i pozostała trójka zdążyli zjeść.

Szpital pilnie wysyła grzyby do sanepidu. Rzut oka specjalisty (w każdej stacji jest grzybowy rzeczoznawca) potwierdza podejrzenia lekarzy - to muchomory sromotnikowe. - Stan chorych pogarszał się z minuty na minutę. Wiedzieliśmy, że potrzebują specjalistycznej pomocy - opowiada Cezary Sołowij, rzecznik szpitala. Lekarze dyżurni zaczynają dzwonić na oddziały toksykologiczne w całej Polsce. Trudno o wolne miejsce. W końcu się udaje. Śmigłowce lotniczego pogotowia ratunkowego zabierają jednego chorego do Łodzi, drugiego do Poznania...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.