"Chciałabym ostrzec innych, że niewiedza, bagatelizowanie objawów zakrzepicy i stawianie sobie diagnozy może przynieść fatalne skutki" - napisała pacjentka do prof. Witolda Tomkowskiego, prezesa Polskiej Fundacji do Walki z Zakrzepicą "Thrombosis".

"Mam na imię Kasia, mam 29 lat i jeszcze niedawno myślałam, że jestem silną osobą o zdrowym organizmie... W październiku ubiegłego roku zaczęłam mieć problemy z lewym kolanem. Zaczęło boleć i puchnąć, więc wybrałam się do ortopedy. Badania, USG, rezonans nic konkretnego nie wykazały, jedynie zapalenie tkanek miękkich. Co tydzień chodziłam na wizyty kontrolne, dostawałam zastrzyki, leki, a kolano nadal było obrzęknięte i zablokowane.

W listopadzie lewa noga zaczęła mnie boleć tak bardzo, że nie mogłam chodzić. Jak tylko wstawałam z łóżka, odczuwałam tak potworny ból, że nie byłam w stanie stanąć na tej nodze. Szybko jednak znalazłam odpowiedź i postawiłam sobie własną diagnozę - no przecież mam zablokowane kolano! A ten ból to tylko przykurcz mięśni. Minie. I miałam rację. Po upływie tygodnia ból ustąpił.

Po pewnym czasie zaczęłam odczuwać ból w klatce piersiowej i żebrach, któremu towarzyszył duszący kaszel. I tym razem postawiłam sobie diagnozę - przecież palę, wychodzę palić na balkon, a zrobiło się chłodno, to pewnie przeziębienie. Bóle i kaszel ustąpiły i wszystko wróciło do normy.

W grudniu znowu pojawiły się bóle nogi, ale nauczona doświadczeniem zupełnie się tym nie przejęłam. Czekałam, aż miną. Chodziłam o kulach. I bóle minęły.

Aż w końcu nadszedł 19 grudnia. Wieczorem zauważyłam, że moja lewa noga wygląda inaczej niż prawa, ma inny kolor i jest bardzo spuchnięta. Przez chwilę dało mi to do myślenia "może to zakrzepica?", ale wytłumaczyłam sobie, że pewnie za dużo chodziłam i ją nadwerężyłam (poza tym dwa dni wcześniej byłam na wizycie kontrolnej u ortopedy i wszystko niby było OK, tzn. noga lekko spuchnięta, ale to się nie zmieniało od października).

Katarzyna Dowbor opowiada o swojej chorobie

Rano noga wyglądała lepiej. Profilaktycznie smarowałam ją żelami. Po południu łydka i stopa wyglądały tak, jakbym pożyczyła lewą nogę od zawodnika sumo. Zrobiłam zdjęcie porównujące nogi i wysłałam koleżance, która pracuje w służbie zdrowia. Spytałam, co mam zrobić, żeby opuchlizna zeszła. Oddzwoniła, że natychmiast mam się udać do szpitala, bo to może być zakrzepica. Było późno, nie chciało mi się nigdzie wychodzić, ale koleżanka tak uparcie mnie zmuszała, że dla świętego spokoju poszłam do przychodni, która miała nocny dyżur.

Pani doktor od razu skierowała mnie do szpitala, mówiąc, że podejrzewa zakrzepicę. Nie miałam ochoty jechać do szpitala i czekać, słowo "zakrzepica" średnio do mnie przemawiało, bo nie wiedziałam, co to jest zakrzepica i jakie mogą być jej konsekwencje. Dopiero kiedy lekarka powiedziała, że jej przyjaciel nagle zmarł i sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci była zakrzepica, zdecydowałam, że pojadę do szpitala.

W nocy na SOR-ze jest bardzo dużo ludzi... płaczą, jęczą z bólu, jest dużo krwi, jedni ledwo siedzą, innych transportują na noszach, a wśród nich ja... Czekając na swoją kolej, myślałam sobie: Co ty tu robisz? Ludzie cierpią, a ty masz spuchniętą nóżkę. Wstydź się! Bierz receptę i do domu!.
Pozostało 91% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.