- Byliśmy trzy lata po ślubie, kiedy zdecydowaliśmy się na dziecko. Zaszłam w ciążę, ale poroniłam w 10. tygodniu. Spróbowaliśmy ponownie. Tym razem ciąża przebiegała bez komplikacji. Aż do 36. tygodnia, kiedy zaczęłam rodzić. Na intensywnej terapii lekarze powiedzieli, że nic nie da się zrobić. Mogliśmy się z nim tylko pożegnać. Syn umarł, bo kilka tygodni przed porodem miał ciężki wylew krwi do mózgu. Powodem była zbyt mała liczba płytek we krwi.

Kiedy ponownie zaszłam w ciążę, byłam pod opieką specjalistów. Lekarz zasugerował, że mogło dojść do konfliktu płytkowego. Badania potwierdziły diagnozę. Nasza córka urodziła się w sierpniu 2012 r. przez cesarskie cięcie. Miała mało płytek, potrzebowała transfuzji. Kolejne cztery dni spędziła na intensywnej terapii. Dziś jest zdrową dziewczynką. Nie byłoby jej z nami, gdyby nie w porę postawiona diagnoza lekarzy.

To historia Liz Brewer z amerykańskiego miasteczka Bellbrook. Jedna z wielu na stronie międzynarodowego stowarzyszenia Naitbabies.org. Spotykają się tam rodzice, którzy w czasie ciąży doświadczyli konfliktu płytkowego i musieli stoczyć walkę o życie dzieci.

- Konflikt płytkowy występuje u jednej na dwa tysiące ciężarnych. W Polsce na 400 tys. porodów rocznie ok. 80 noworodków może mieć wylew wewnątrzczaszkowy na tle małopłytkowości i umrzeć - mówi dr Marzena Dębska z Oddziału Klinicznego Położnictwa i Ginekologii Szpitala Bielańskiego w Warszawie.
Pozostało 90% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.