Rząd - po awanturze z ustawą hazardową, gdy chciał blokować strony w sieci z hazardem, faszyzmem i pedofilią - po raz drugi zderzył się z internautami i zarzutem cenzury. I znowu nerwowo kapituluje. Wywraca do góry nogami własny projekt Ustawy o radiofonii i telewizji przygotowany ponoć "niezwykle profesjonalnie". Jeszcze kilka dni temu tak właśnie nowelizację oceniał minister kultury Bogdan Zdrojewski. Ale już wczoraj mówił, że nie wolno sieci cenzurować.
Nowelizację ustawy medialnej rząd wysłał do Sejmu w styczniu w trybie pilnym, posłowie zabrali się do niej w lutym. Od razu powstały kontrowersje. Media i internauci krytykowali to, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji uzyska prawo kontrolowania serwisów
wideo w sieci.
Jeden z przepisów - przeniesiony z rynku telewizyjnego - mógł telewizjom internetowym odebrać część dochodów z reklam, bo ich emisję reglamentował. A tworzony przez KRRiT wykaz firm prowadzących serwisy wideo miał pozwolić jej na śledzenie, czy np. chronią małoletnich przed szkodliwymi treściami, czy promują filmy polskie i europejskie. Media i internauci uznali, że to próba cenzury.
Spór osiągnął taką temperaturę, że przeciwnicy projektu nawet nie zauważyli, iż posłowie poszli im na rękę i wykreślili krytykowane zapisy o reklamach.
Śmieszne jest to, że rząd - gdyby mógł - zapewne nigdy by tej noweli nie stworzył. Krajowa Rada nie potrafi zwalczyć zbyt głośnych reklam w telewizji, bo nie ma na to pieniędzy. A co dopiero tropienie stron internetowych, których jest o niebo więcej niż stacji telewizyjnych!
Projekt powstał, bo musieliśmy dopasować nasze prawo medialne do unijnej dyrektywy z 2007 r. To ona oddaje sieć pod nadzór KRRiT (albo brytyjskiego Ofcomu, albo francuskiej CSA) na wzór telewizji. Kłopot z dyrektywą mają wszystkie kraje UE i za granicą zarzutów pod jej adresem nie brakuje. Ale nasz kłopot jest szczególny - unijne przepisy powinniśmy byli wdrożyć do... 19 grudnia 2009 r. Komisja Europejska domagała się tego już parę razy. Rząd nacisnął więc pedał gazu, bo polska prezydencja w Unii zaczyna się w czerwcu.
Co robił rząd w czasie, gdy powinien finiszować z ustawą medialną? Wydał wojnę hazardowi i w ekspresowym tempie przepychał ustawę z niesławnym rejestrem "Stron i Usług Niedozwolonych". Po wielkiej debacie rząd się wycofał.
Zostawiając nowelę medialną na ostatnią chwilę, rząd popełnił ten sam błąd. Skłonił do podejrzeń, że ma złe intencje czy ukryte zamiary. Wrażenie to pogłębiła jeszcze szefowa komisji kultury i środków przekazu Iwona Śledzińska-Katarasińska z PO, mówiąc: - Skończył się czas bezhołowia w sieci.
Ale bezhołowie wcale się nie skończyło. Trwa w stanowieniu prawa.