Władze kilku państw zarządziły sprawdzanie poziomu bezpieczeństwa w elektrowniach, żeby uspokoić obywateli. Nie ma w tym nic złego, chociaż takie testy bezpieczeństwa - przewidujące i trzęsienie ziemi, i powódź, i nawet upadek samolotu - były już wielokrotnie przeprowadzane. Ale przy okazji politycy i media biją rekordy populizmu. Celują w tym zwłaszcza Niemcy i Austriacy. Kanclerz Angela Merkel, która liczy się z nastrojami niechętnych atomowi obywateli, zarządziła przedterminowe zamknięcie siedmiu najstarszych reaktorów. Liczy, że dzięki temu wygra regionalne wybory w Badenii-Wirtembergii. Tę decyzję można jakoś zrozumieć. Ale trudno pojąć jej byłego partyjnego kolegę, dziś unijnego komisarza ds. energetyki Günthera Oettingera, który stwierdził, że trzeba rozważyć zamknięcie wszystkich elektrowni jądrowych w Europie. Wczoraj w Parlamencie Europejskim użył wręcz słowa "apokalipsa". Pytana przez dziennikarzy jego rzeczniczka przyznała, że komisarz nie dysponuje żadnymi nowymi informacjami.
Rekordy głupoty w naszym kraju pobił tabloid "Fakt". Na pierwszej stronie straszy, że za dwa tygodnie dotrze do Polski radioaktywna chmura. Zapewne w kształcie grzybka mun.
Histeria to niestety znak naszych czasów. A przecież Europie nie grozi trzęsienie ziemi o sile 9 stopni w skali Richtera ani tym bardziej tsunami. Elektrownie są stale monitorowane, nie tylko przez krajowe nadzory, ale także przez Międzynarodową Agencję Energetyki Atomowej. W Japonii daleko do atomowej apokalipsy, którą straszył unijny komisarz Oettinger. Pierwszy reaktor, który wybuchł, powoli się wychładza. Japończycy zachowują spokój i - co nie mniej ważne - dokładnie informują swych obywateli i świat o tym, co się stało.
Polski rząd zdecydował w zeszłym roku, że budujemy elektrownię jądrową. Na razie twierdzi, że decyzji nie zmieni. Byłoby bardzo źle, gdyby histeria wzięła górę nad chłodną analizą.
Kiedy dwa lata temu byłem w rosyjskiej elektrowni jądrowej w Sosnowym Borze, na drzwiach do kluczowych pomieszczeń widziałem apel: "Zatrzymaj się. Pomyśl". Może podatnicy zrzuciliby się na specjalnego urzędnika, który nosiłby taką tabliczkę przed ważnymi politykami, a zwłaszcza szefami niektórych mediów?
Źródło: Gazeta Wyborcza