http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mąż stąpa twardo po ziemi

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski
2011-03-02, ostatnia aktualizacja 2011-03-03 09:15

Jarosław Kaczyński w drodze do warszawskiej komisji obwodowej podczas ubiegłorocznych wyborów prezydenckich. Marcin Dubieniecki idzie z córką Martyną na rękach
Jarosław Kaczyński w drodze do warszawskiej komisji obwodowej podczas ubiegłorocznych wyborów prezydenckich. Marcin Dubieniecki idzie z córką Martyną na rękach
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Gdy padną jakiekolwiek zarzuty, Marcin Dubieniecki odpowiada: atak na mnie to robota polityczna, napaść na rodzinę Kaczyńskich, na Martę. Albo krócej: - Niech pan się ode mnie odp...!

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Najważniejszy wieczór w życiu Marcina Dubienieckiego zaczął się nieciekawie. Na szkoleniu dla aplikantów adwokackich w nadmorskim Darłówku grał z kolegami w karty i szło mu fatalnie. Marta Kaczyńska - mimo że przeziębiona, z gorączką i bólem ucha - dała się koleżankom namówić na wejście do saloniku, w którym panowie grali w Black Jacka. I tam wpadła na dawnego kolegę z Uniwersytetu Gdańskiego.

Jest druga połowa roku 2006. Marcin, ciemnowłosy kawaler z Kwidzyna, po studiach na UG aplikuje w jednoosobowej kancelarii swego ojca, która nazywa się jeszcze Consulta. Marta, córka prezydenckiej pary, też magister prawa po Gdańsku, szlifuje umiejętności w renomowanej sopockiej kancelarii prawnej Głuchowski, Jedliński, Rodziewicz i Zwara. Kancelaria obsługuje najpoważniejszych klientów, m.in. Kasę Krajową SKOK, w której pracuje mąż Marty - Piotr Smuniewski. Małżonkowie mają czteroletnią córeczkę Ewę, ale ich związek się nie układa.

Może dlatego Marta, mimo przeziębienia, daje się wyciągnąć Marcinowi na nocny spacer po plaży. Rozmawiają trochę o wspólnych znajomych - studiowali równolegle na Uniwersytecie Gdańskim - potem on opowiada o polityce i o sobie. Mówi, że chce zostać premierem - i Marta ma wrażenie, że to nie żart. Później powie w wywiadzie dla "Gali", że rozmowa trwała całą noc. Rano Marcin już dzwoni, wysyła swoje zdjęcia, po południu jedzą obiad. Kilka dni później córka prezydenta zwierza się ojcu z nowej znajomości. Lech Kaczyński reaguje spokojnie: - Po dwóch tygodniach ci przejdzie.

Nie przeszło i dziś Marcin Dubieniecki, zamiast adwokatem w 40-tys. miasteczku w pół drogi z Grudziądza do Elbląga, stał się bohaterem mediów i enfant terrible PiS.

Wybory ojca i dziadka

Pochodzi z rodziny komunistycznych aparatczyków. Dziadek, Henryk Dobrowolski, był w latach 80. przewodniczącym komisji rewizyjnej Komitetu Centralnego PZPR. Marcin, wspominając go po latach, użyje słowa "ideowiec". Józef Oleksy powie w wywiadzie nieco inaczej: "stary, ideologiczny, komunista".

Ojciec, Marek Dubieniecki, członek PZPR, pracował w Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych, kolejno w dwóch komórkach podległych SB. Po 1989 r. wstąpił do SLD, został szefem sądu partyjnego w Pomorskiem i asystentem Małgorzaty Winiarczyk-Kossakowskiej, posłanki, działaczki SdRP i SLD, która w rządzie Cimoszewicza była wiceministrem MSWiA.

Z Kossakowską i ojcem nastoletni Marcin jeździ do Sejmu i do siedziby SLD, ogląda korytarze władzy, przysłuchując się rozmowom, zaczyna pojmować, jak się tutaj walczy.

- Poznał wtedy wielu polityków z pierwszych stron gazet - opowie później Dubieniecki senior. A syn, zapytany już po katastrofie smoleńskiej, czy jego teść, Lech Kaczyński, nie miał problemu z esbecką przeszłością ojca, odpowie: - Prezydent stwierdził, że tata był pewnie w Inspektoracie II MSW, czyli w kontrwywiadzie, a poza tym, że ja za wybory ojca nie odpowiadam.

Pierwsze wybory Marcina

W liceum Marcin sporo wagaruje, grozi mu nawet wyrzucenie ze szkoły. Jego pasją jest bilard. W połowie lat 90. kluby bilardowe wyrastają we wszystkich miasteczkach. Salonik gry w Kwidzynie prowadzi matka Marcina. W Gdańsku, Elblągu, Poznaniu otwierają się duże sale - z kilkunastoma stołami, gdzie można rozgrywać poważniejsze turnieje z nagrodami w gotówce.

Marcin jeździ od miasta do miasta. Jest tak dobry, że myśli nawet o utrzymywaniu się z kolorowych kulek. Ojciec pomaga, jest kimś w rodzaju menedżera. Cieszą go wygrane jedynaka, lecz naciska na wybór kariery prawnika, nie ma to jak pewny zawód.

Prawo na Uniwersytecie Gdańskim jest oblężone, lecz można spróbować innej ścieżki, jeżeli są pieniądze na czesne: Marcin zaczyna naukę w prywatnej szkole w Warszawie, po pierwszym roku przenosi się na UG. Tam po raz pierwszy widzi Martę Kaczyńską, wtedy córkę ministra sprawiedliwości. Marta go zauważa; wspomni później, że wydał jej się chłopakiem pewnym siebie, wręcz tupeciarskim, potrafił powiedzieć wykładowcy, że potrzebuje wcześniej zaliczenia, bo spieszy się na narty.

Narzeczoną Marcina jest wtedy Ola Kozdroń, córka pomorskiego posła PO, który ma, tak jak Dubieniecki senior, kancelarię prawną i współpracuje m.in. z Powiślańskim Bankiem Spółdzielczym. Młody Dubieniecki, jeszcze student, zostaje p.o. kierownikiem gdańskiego oddziału tego banku. Gdy Marcin i Ola rozstają się - traci posadę.

Spróbuje sił gdzie indziej: w 2002 r. wystartuje do rady miasta Kwidzyna z listy SLD, ale zdobędzie tylko 34 głosy.

Skandal nie może się zdarzyć

2006 r. świeżo upieczony prawnik zaczyna aplikację adwokacką w kancelarii ojca przy cichym placu Plebiscytowym w Kwidzynie. Do klientów jeździ peugeotem. Obsługuje m.in. kwidzyńską fabrykę części do telewizorów Jabil Circuit Poland. Gdy będzie już zięciem pary prezydenckiej, otwarcie nowego zakładu w kwietniu 2008 uświetni prezydentowa Maria Kaczyńska.

Półtora roku wcześniej pani prezydentowa i jej mąż dowiadują się, że córka jest w drugiej ciąży, ale ojcem nie jest ich zięć Piotr, z którym jeszcze niedawno państwo Kaczyńscy występowali na wyborczym billboardzie, tylko nowy chłopak Marty - Marcin z Kwidzyna. Młodzieniec, któremu Lech Kaczyński dawał "dwa tygodnie", okazał się poważną sprawą.

W mocno polukrowanym, posmoleńskim wywiadzie dla "Gali" Dubieniecki tak opisał wieczór 10 grudnia 2006:

"[W rządowym ośrodku w Juracie rodzice Marty] powiedzieli, że skoro jesteśmy szczęśliwi, to oni też. Siedzieliśmy po kolacji. Dochodziła 21. Było miło. I wtedy powiedziałem: - Jest jeszcze coś, panie prezydencie, co chciałem panu zakomunikować. Pana córka jest w ciąży...

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 62 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    107 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':