Katulski jest posłem od 2007 r. Pracuje w sejmowej komisji zdrowia. Zajmuje się m.in. opracowaniem ustaw związanych z in vitro. - Może jacyś przeciwnicy chcieli się dowiedzieć o szczegółach prac nad tym dokumentem - mówi w rozmowie z "Gazetą".
O podsłuchu Katulski dowiedział się w zeszłym tygodniu. - To dziwne, nie jestem przecież jakimś strategicznym graczem w polityce. Nie rozumiem, dlaczego ktoś się mną interesuje - mówi. - Nikt chyba nie lubi być podglądany - dodaje.
Poseł nabrał podejrzeń, gdy znajomi z Tucholi zaczęli zadawać mu pytania dotyczące szczegółów rozmów przeprowadzanych w jego biurze poselskim. - Dziwiło mnie, skąd ludzie wiedzą o spotkaniach w cztery oczy - opowiada. - Nie prowadzę rozmów, które mogą być groźne dla bezpieczeństwa kraju - zaznacza. - Ale nabrałem podejrzeń, a po spotkaniu z komendantem policji postanowiłem działać.
Specjalista z firmy zajmującej się podsłuchami, z którym spotkał się Katulski, potwierdził, że zarówno obraz, jak i dźwięk z jego biura były transmitowane. Dwa dni później, gdy ekspert znowu pojawił się w biurze posła, nie udało się zlokalizować urządzenia podsłuchowego.
- Pewnie ktoś je usunął - podejrzewa Katulski.
Czy to mógł być ktoś z otoczenia posła?
- Nie wiem, nie chcę rzucać oskarżeń. Może to jakiś lokalny przeciwnik - mówi poseł.
Sprawą zajmuje się prokuratura w Tucholi. Po informacji o inwigilacji Katulskiego w sobotę zareagował poseł Arkadiusz Mularczyk (PiS), który jako wiceprzewodniczący komisji sprawiedliwości i praw człowieka zgłosił postulat zbadania sprawy przez parlament. "Istnieje możliwość, że podsłuch był założony przez służby specjalne" - stwierdził dla PAP. "Do czasu wyjaśnienia sprawy przez prokuraturę będę domagał się zwołania sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka oraz sejmowej komisji ds. służb specjalnych" - dodał.
Źródło: Gazeta Wyborcza