Gospodarkę napędza bardzo mocno jeden silnik; drugi słabiej; trzeci dopiero jest uruchamiany. Mocny silnik to nasze codzienne wydatki. Wydaliśmy 218 mld zł - o 3,5 proc. więcej niż przed rokiem. Tylko to zapewniło nam aż połowę tempa wzrostu gospodarczego.
Dlaczego kupujemy więcej? - Kowalski może nie zarabia dużo więcej niż rok temu, ale już nie czuje obawy, że nagle zostanie zwolniony - mówi Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, szefowa zespołu ekspertów PKPP Lewiatan. Częściowo ta gorączka zakupów jest efektem zapowiedzi podwyżki stawek VAT w przyszłym roku i likwidacji tzw. aut z kratką.
- Po podwyżce VAT droższa będzie część żywności, której zapewne na zapas sobie nie kupimy. Ale wiemy, że w przyszłym roku trzeba będzie wydać w spożywczym więcej. Dlatego część z nas kupuje już dziś te dobra, które planowała nabyć w przyszłym roku. To głównie meble, sprzęt rtv i agd - wymienia ekonomistka.
Słabszy motor to odbudowa zapasów przez firmy. Rok temu kryzys i brak zamówień sprawiły, że redukowały zapasy komponentów i półproduktów do późniejszej produkcji. Dziś muszą je uzupełniać, by realizować napływające w bardzo szybkim tempie zlecenia. Przez wiele miesięcy produkcja rosła nam w tempie dwucyfrowym.
Wciąż jednak nie działa najważniejszy silnik - inwestycje. Przestały w końcu spadać, ale wzrost o 0,4 proc. trzeba uznać za symboliczny. Zawdzięczamy go wydatkom publicznym na drogi, kanalizację, boiska. Analitycy mieli nadzieję, że również firmy będą kupować więcej nowych urządzeń, linii produkcyjnych, budować fabryki. Niestety, nie widać tego po danych GUS.
Dopiero przyzwoita zwyżka w inwestycjach zapewni nam trwały
wzrost gospodarczy. Wzrost oparty na konsumpcji może się łatwo załamać. - Firmy zaczną inwestować, gdy ich właściciele zobaczą spokój na rynku finansowym. Dziś nie potrafią przewidzieć, ile będą kosztować waluty, jakie będą
stopy procentowe. Tego komfortu mogą nie zaznać do połowy przyszłego roku - twierdzi Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.
W poniedziałek
złoty gwałtownie tracił na wartości, gdyż inwestorzy w obawie, że kryzys finansowy się rozszerzy, "uciekali" z Europy i kupowali dolary.
Wczoraj złoty odrobił straty, cena euro spadła o 8 gr, do 4,02 zł, a franka - o 6 gr, do 3,08 zł. Co będzie dalej? Wielu analityków spodziewa się długiego okresu chwiejności i raczej spadku wartości złotego. Jednak prezes NBP Marek Belka zapewnia, że złoty się umocni, nawet o 10 proc. Opinię tę wygłosił tydzień temu, gdy na rynku było mniej emocji, a nasza waluta była silniejsza. Wczoraj podtrzymał swoją prognozę w Radiu RMF FM.
Belka idzie w sukurs rządowi, który jak ognia boi się przekroczenia przez
dług publiczny progu 55 proc.
PKB. Lepszy wzrost gospodarczy oddala to ryzyko, ale słaby złoty je przybliża, bo im droższa waluta, tym większy zaciągnięty w niej dług.