Paweł Wroński: W wielu sondażach sprzed wyborów PSL znajdował się poniżej progu wyborczego. Tymczasem według wstępnych wyników widać, że utrzymał stan posiadania z poprzednich wyborów. Stanisław Żelichowski, szef klubu parlamentarnego PSL: - Nasz wynik pokazuje, że sukces odniosła spokojna, merytoryczna kampania, która wielkich politycznych sporów nie przenosi w teren. My w odróżnieniu od liderów najważniejszej partii nie robiliśmy wielkiej kampanii nie zalewaliśmy ludzi potokiem demagogii.
Bez przesady, liderzy stronnictwa jeździli w teren. - Tak, ale mówili o problemach lokalnych, a nie o katastrofie smoleńskiej, albo o wzroście
PKB i miejscu kraju w gospodarce światowej. My w tych wyborach wybieramy gospodarzy naszych małych ojczyzn, a nie ludzie od zbawiania świata. Zresztą po tym, co zobaczyłem w tych wyborach uważam, że powinniśmy zastanowić się nad ordynacją wyborczą.
A o co chodzi? - Starsi ludzie dostawali masę kartek z masą nazwisk, w których nie byli w stanie się połapać. Jeśli ktoś chciałby zagłosować uczciwie, to nie miał szans, bo zupełnie nie znał kandydatów.
Jak pan ocenia wynik koalicjanta? PO z 33, 8 proc. nie zbliżył się do 40 procent poparcia, jakie dawały mu sondaże. - Gdy jechałem do Warszawy stałem w olbrzymim korku, obawiam się, że po raz kolejny na przykład warszawiacy wyjechali za miasto. Jeśli ten wynik jest prawdziwy, to nasi koalicjanci z PO nie powinni być zadowoleni. Moim zdaniem wynika to z demobilizacji elektoratu wielkomiejskiego. Z drugiej strony mieszkańcy mniejszych ośrodków tradycyjnie wspierających PiS poszli do wyborów, być może moblizowani dodatkowo mitem katastrofy smoleńskiej.