To nie był sen nocy letniej, raczej koszmar, noc Walpurgii.
Tak jak pięć lat temu notowania Lecha, tak teraz Jarosława Kaczyńskiego rosły przed II turą wyborów w oczach. Tak jak wtedy sondaże, nawet robione w dniu pierwszego głosowania, nie chwytały poparcia dla lidera PiS, bo ludzie ukrywali przed ankieterami sympatię dlań.
Kaczyński wygrał ostatnią debatę. Nastroje w PiS pikowały, a na wykształciuchów i innych takich padł blady strach, że historia się powtórzy i kandydat PiS wygra drugą turę.
W niedzielę krążyły SMS-y z zatrważającymi przeciekami - w południe Kaczyński prowadził kilkoma punktami. Ten i ów zaklinał się, że o 14 ma nawet 58 proc. poparcia, potem długo SMS-owano o jego przewadze albo remisie.
Ogromna poranna frekwencja łatwo tłumaczyła się działaniem "republiki proboszczów", o której w Wyborcza.pl mówił Janusz Palikot. Wielu księży w kazaniach wzywało, by głosować na prawdziwszego Polaka. Potem frekwencja gasła, co mogło oznaczać, że Polska nowocześniejsza, zamożniejsza, z większych miast nie odpowiada na wyzwanie.
Sondaże o godz. 20 były jednoznacznie za Komorowskim, ale potem przyszły nocne nerwy za sprawą PKW.
Ale historia się nie powtórzyła.
W 2005 r. Lech Kaczyński w I turze przegrywał z Donaldem Tuskiem o pół miliona głosów, ale w II zgarnął dodatkowe 3,2 mln i rozniósł Tuska, który zyskał ledwie 1,6 mln.
W 2010 r. Komorowski miał po I turze przewagę 800 tys. głosów, ale w II zyskał nieco więcej (1,95 mln) niż Jarosław Kaczyński (1,74 mln).
Jeszcze inaczej - Jarosława w II turze 2010 poparło o 330 tys. mniej Polaków niż Lecha w 2005. Ale Bronisław 2010 prześcignął Donalda 2005 o blisko 2 mln głosów!
Popatrzmy, co mówią wykresy.
Nie było skąd brać 
Wybory 2010 dowodzą, że naprawdę zapanowała dwupartyjność. Strach przed PiS wzmacnia Platformę, a większość lęków, frustracji i nadziei na zmianę zgarnia PiS. Komorowski i Kaczyński już w I turze dostali razem ponad 13 mln głosów! Na innych padło tylko 3,8 mln, z czego aż 2,3 mln na Napieralskiego.
Pięć lat wcześniej ta dwukandydatowość była słabsza. Tusk i Lech Kaczyński zdobyli w I turze 10,5 mln. Do wzięcia w II zostało 4,5 mln wyborców innych kandydatów, w tym 2,26 mln Leppera i 1,54 mln Borowskiego.
W porównaniu z 2005 r. pole manewru w II turze zmalało, dwóm rekinom brakowało po prostu świeżego mięska.
Mogli więc liczyć tylko na nowych wyborców, którzy nie pofatygowali się w I turze. Ale w 2010 r. frekwencja już w pierwszym głosowaniu była o 5 pkt proc. wyższa niż w 2005 r. Jak na Polskę XXI wieku to dużo. O blisko 70 proc. w starciu Wałęsy z Kwaśniewskim w 1995 r. możemy dziś tylko pomarzyć, nie mówiąc już o czasach II RP, gdy w wyborach parlamentarnych (prezydenckie były pośrednie) sięgało niemal 80 proc.
Wybraliśmy innych innych 
Nie dość, że tych innych wyborców było w 2010 r. mniej, to jeszcze byli dla PiS trudniejsi do uskubania. W 2005 r. Kaczyńscy skutecznie umizgali się do Leppera, co zwiastowało wicepremierostwo tego jurnego chłopa w PiS-owskim rządzie. Elektorat Samoobrony jak jeden mąż poszedł do II tury i głosował na Lecha (87 proc.). Kaczyński zyskał na tym aż 1,5 mln głosów. Zyski Tuska na wyborcach Borowskiego były o połowę mniejsze.