Do 70. rocznicy zbrodni katyńskiej zostało już bardzo niewiele czasu. 5 marca 1940 r. Stalin i jego kompani wydali wyrok na ponad 22 tys. Polaków przetrzymywanych w obozach jenieckich i więzieniach NKWD. 3 kwietnia na terenie ośrodka wypoczynkowego NKWD pod Smoleńskiem rozpoczęły się egzekucje.
Czy jest możliwe, by w uroczystościach rocznicowych wzięli udział przedstawiciele najwyższych władz dzisiejszej Rosji? Może premier Władimir Putin? Może prezydent Dmitrij Miedwiediew?
Rzecz jest niezwykle delikatna i nic dziwnego, że nasi dyplomaci, rozmawiając z Rosjanami o tym, by premierzy obu krajów spotkali się w Kaliningradzie i stamtąd wspólnie polecieli do Katynia, starają się utrzymać sprawę w najgłębszej tajemnicy.
Prof. Inessa Jażborowska z Rosyjskiej Akademii Nauk, członek Polsko-Rosyjskiej Komisji do spraw Trudnych zajmującej się m.in. Katyniem, dyplomatą nie jest. Może więc sobie pozwolić na uchylenie rąbka tajemnicy i w wywiadzie dla "Niezawisimej Gaziety" mówi, że Putin "najprawdopodobniej przyjedzie".
Decyzję o tym podejmie albo sam premier, albo w porozumieniu z prezydentem. I być może w ostatniej chwili. Jednak to, co się dzieje w Rosji, wskazuje na to, że obecność najwyższych przedstawicieli władz rosyjskich w Katyniu rzeczywiście staje się "prawdopodobna".
Dziś spór polsko-rosyjski o Katyń sprowadza się do dwóch rzeczy. Po pierwsze - rosyjska naczelna prokuratura wojskowa, zamykając 4,5 roku temu prowadzone przez 15 lat śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej, utajniła przed Polakami 116 ze 183 tomów akt. Po drugie - Rosjanie nie chcą zrehabilitować pomordowanych, czyli oficjalnie uznać Polaków za niewinne ofiary represji politycznych.
Do niedawna mogło się wydawać, że utajnione dokumenty pozostaną tajemnicą, a o żadnej rehabilitacji zabitych mowy być nie może z tego prostego powodu, że Moskwa do upadłego będzie bronić dobrego imienia Stalina, sprawcy zbrodni katyńskiej.
Ale ostatnio w Rosji coś się zmienia. Niedawno żarliwi obrońcy Wodza Narodów z kretesem przegrali proces przed sądem wytoczony opozycyjnej "Nowej Gaziecie" za artykuł, którego autor nazwał Stalina zbrodniarzem, dowodząc, że to on ponosi pełną odpowiedzialność za zbrodnię katyńską. A wkrótce potem prezydent Miedwiediew powiedział, że dla zbrodni stalinowskich nie ma usprawiedliwienia.
Powinniśmy docenić te gesty. I odpowiedzieć Rosjanom. Im bardzo zależy choćby na tym, by 9 maja 2010 r. - w 65. rocznicę zakończenia II wojny światowej - do Moskwy przyjechali przywódcy innych krajów. Byłoby więc dobrze, gdyby prezydent Polski Lech Kaczyński już teraz dał do zrozumienia Rosjanom, że do Moskwy się wybierze. Decyzja nie jest prosta, ale 9 maja można stanąć obok Miedwiediewa na placu Czerwonym. Z tego, co prezydent Rosji niedawno powiedział o Stalinie, wynika wprost, że w maju będzie składał hołd żołnierzom walczącym na frontach, a nie zbrodniarzowi.
Taki gest naszego prezydenta - postrzeganego w Moskwie jako jeden z najbardziej nieprzejednanych polityków wobec Rosji - Kreml doceniłby jako rękę wyciągniętą przez Warszawę, właściwą odpowiedź na antystalinowskie wystąpienie ich prezydenta. Wtedy i o Katyniu byłoby z nimi łatwiej rozmawiać.
Miedwiediew czy Putin na mogiłach katyńskich nie musieliby przepraszać. To już 16 lat temu zrobił w Warszawie prezydent Borys Jelcyn. Ale nie mogliby stanąć nad grobami z pustymi rękami. Tam powinni ogłosić, że odtajnią dokumenty, i przyznać, że pomordowani Polacy byli niewinnymi ofiarami represji. Nie rosyjskich - bolszewickich. A to oznaczałoby początek końca dzielącego nas z Rosjanami wieloletniego sporu.
Źródło: Gazeta Wyborcza