Mariusz Kania: Nie macie wrażenia, że konsumpcyjny model życia już nas przytłacza? W USA użytkownicy odwracają się od randkowego Tindera, a na popularności zyskuje tak zwany slow dating. Klienci warzywniaków już nie chcą sterylnie czystych ziemniaków i polubili wykrzywione marchewki. Pojawia się tęsknota za czasami sprzed obecnego przyspieszenia. W to wszystko wpisuje się filozofia „zrób to sam”, która również nie jest niczym nowym, ale nakręca się moda na reperowanie, odświeżanie staroci. Wszystko po to, by trochę wydłużyć tę coraz krótszą drogę od taśmy produkcyjnej do śmietnika.

Olka Osadzińska: Pytanie, co z tym czasem chcesz zrobić. Oszczędność czasu jest jednym z głównych motywów w reklamie, która obiecuje, że jeśli kupisz to albo zamówisz tamto, będziesz miał więcej czasu. Najczęściej jednak i tak przeznaczasz go nie na hobby ani rodzinę, ale na pracę. Wszyscy mają tyle samo czasu, ile mieli go dwa tysiące lat temu, tylko myślimy o nim w inny sposób. W modzie jest bycie zajętym.

Model życia „zrób to sam” też trudno mi traktować jako trend. Przecież to są początki cywilizacji – kiedyś wszystko robiło się samemu. Fajnie, że ludzie się zastanawiają, skąd mają jedzenie na talerzu, czy było w odpowiedni sposób przygotowane i czy można by ograniczyć ilość cierpienia po drodze, ale to bardziej powrót do zdrowego rozsądku niż nowość.

Arkadiusz Skrzypiński: Obawiam się, że przeciętny człowiek jednak nie zastanawia się nad tym, bo myśli o przeżyciu. Dopiero w momencie, gdy osiągam pewien standard życia, zaczynam myśleć o tym, co mogę zrobić sam.

Olka Osadzińska: To wspaniały paradoks, prawda? By móc zrobić coś samemu, musi mnie być na to stać – kiedyś musiało nas być stać na to, żeby coś kupić. Teraz najbardziej deficytowym produktem jest właśnie czas.

Nie dostrzegamy, jak te nasze zdrowe potrzeby wykorzystuje rynek. Weźmy kasy samoobsługowe - chętnie w  nich płacimy, bo zaoszczędzamy czas, ale czy firmom nie chodzi o wyeliminowanie kosztownego czynnika ludzkiego?

Mikołaj Stroiński: Akurat kasy samoobsługowe są raczej formą zabierania czasu klientom. Natomiast „zrób to sam” na pewno spowalnia uciekający czas. Trochę jak w medytacji - koncentrujemy się wówczas na czymś, co robimy w danym momencie.

Z drugiej strony Olka ma rację, to nic nowego. Kiedyś moja babcia piekła ciasta, gotowała obiady, a dziadek reperował zużyte rzeczy. Ludzie mieszkający na wsi nadal żyją wolniej niż my w miastach i chyba są mimo wielu niedogodności szczęśliwsi.

Tylko czy nie jest to życzeniowe, nostalgiczne myślenie typu: „Uczyńmy Amerykę znowu wielką”. Uczyńmy nasze życie lepszym, wracając do sposobu, w jaki żyli nasi dziadkowie. Nie da się zawrócić rzeki.

Miron Mironiuk: Na trend „zrób to sam” możemy spojrzeć z wielu perspektyw. Myślę, że z kasami samoobsługowymi nikt się nie oszukuje i każdy wie, że sklep chce oszczędzić, przerzucając na klientów jakąś czynność. Ale jednocześnie mimo tej świadomości wiele osób czerpie przyjemność ze skanowania kodów kreskowych. Z trzeciej strony jest trend indywidualizmu: mogę coś zrobić sam.

Zgadzam się, że super jest zrobić coś samemu. Tylko trzeba mieć na to czas, a jest go coraz mniej. Chciałbym mieć taki problem, bo teraz na przykład nie mogę wygospodarować czasu na pomalowanie ściany w domu.

Olka Osadzińska: Problem polega nie na tym, co robimy ze swoim czasem, lecz na tym, co nam się mówi, że powinniśmy z nim robić. Mogę upiec ciasto lub je kupić - a kupić mogę na ekobazarku, w modnej cukierni albo w supermarkecie. Jesteśmy na etapie, na którym prosta decyzja o kupnie ciasta stała się już narzędziem oceny społecznej. Powinieneś upiec je sam, powinieneś żyć inaczej, powinieneś przeorganizować swój czas. Mówią to najczęściej osoby, które mają wystarczającą ilość pieniędzy na koncie, żeby to zrobić.

Miron Mironiuk: Ciekawa w trendzie „zrób to sam” jest inna perspektywa. Nasi dziadkowie nie mieli wyboru, musieli żyć wedle tej filozofii. Obecnie nie mam możliwości gotowania od poniedziałku do piątku, ale w weekend chętnie robię to dla przyjemności. Wyjście na zakupy z koszykiem sprowadza mnie na ziemię po całym tygodniu pracy z wielkimi korporacjami. Fajnie, że mamy dzisiaj wybór.

Jest jeszcze polski kontekst tych trendów, dość specyficzny - komunizm, lata niedoboru. Za ich sprawą mój ojciec położy płytki, naprawi samochód i zbuduje rakietę, dawniej wszyscy tak funkcjonowali. Ale jednocześnie za ich sprawą osoby mniej zamożne postrzegają taki styl życia jako coś niepożądanego. Czują się dowartościowane, kiedy konsumują. Myślę, że filozofia „zrób to sam” nie będzie w Polsce tak popularna, bo kojarzy się z brakami, z ubóstwem.

Miron Mironiuk: Zgoda, może tak było, ale wówczas, gdy dopiero pojawiały się supermarkety. Komunizm upadł niemal 30 lat temu. Dzisiaj trend „zrób to sam” jest wyborem.

Olka Osadzińska: Pamiętam, że jak otworzyły się pierwsze supermarkety, spędzanie czterech godzin z wózkiem między półkami było prawdziwą przyjemnością. W tej chwili na myśl, że masz iść do supermarketu w sobotę, chcesz sobie strzelić w łeb. Sklepy niewiele się zmieniły, lecz zmieniła się nasza perspektywa.

Ale kiedy jest niedziela bez handlu, to człowiek pomstuje, że akurat musi na zakupy, a nie może.

Olka Osadzińska: Mieszkam w Berlinie, gdzie niedziele bez handlu wprowadzono już dawno i nikt nie widzi w tym problemu. Dużo moich poglądów zostało zweryfikowanych przez życie w stolicy Niemiec, która jest zarządzana „lewicowo”. Pamiętam, jak byłam wkurzona na Berlin po przeprowadzce. Nikt się nie śpieszy, nikt nie wchodzi po schodach ruchomych, wszyscy stoją. Miałam ochotę na nich krzyczeć: zróbcie coś ze swoim życiem, idźcie pracować! Teraz wiem, że to raczej ze mną było coś nie tak. Codziennie mijam ludzi, którzy po prostu żyją, wychodzą z psem, jeżdżą na rowerze, spędzają czas z dziećmi. Pytanie: jak to jest możliwe?

Czynników jest wiele, ale jeden z podstawowych to zarządzanie miastem - otwarte parki, dobrze zagospodarowana przestrzeń wspólna, wsparcie dla muzeów, barów, restauracji i klubów. Przepisy sprzyjające lokatorom, dobrze funkcjonujący miejski transport. Rzeczy, które powodują, że człowiek nie jest funkcją pieniądza. To, że ktoś ma pieniądze, nie oznacza, że ma większe prawa. A osoby, które w Polsce pracują w niedziele, często robią to, bo muszą. Bo za pracę w tygodniu nie otrzymują wystarczającego wynagrodzenia.

Miron Mironiuk: Dla wielu osób, choćby studentów, praca w niedziele była szansą, żeby zarobić. Nie widzieli w tym problemu. Ale oczywiście taka praca powinna być lepiej płatna, a system kontroli nadużyć - szczelniejszy.

Mieszkam w Chinach i patrzę na to z ich perspektywy. Przeszły bardzo długą drogę - z kraju, który kombinował, jak się tylko da, do kraju, który jest równie uporządkowany jak Japonia. Nie ma tam miejsca na oszustwa, bo wprowadzono szczelny system kontroli podatków.