Piotr Cieśliński: Czy eksploracja kosmosu jest nam potrzebna? Może powinniśmy najpierw rozwiązać palące problemy na Ziemi, których mamy aż nadto, a dopiero potem pozwolić sobie na takie fanaberie jak rakiety, sondy kosmiczne, stacje orbitalne?

Artur Bartosz Chmielewski: Żartem odpowiem, że historia zna dużo podobnych pytań: „Panie Kolumb, gdzie tam pana ciągnie, nie ma pan jezior do popływania?”, „Maria, co ty się wygłupiasz z jakąś radioaktywnością, może posprzątałabyś dom?”, „Steve, co ty tam lutujesz w garażu razem z tym Wozniakiem. Lepiej byś umył samochód”.

Aleksandra Bukała: Nasza aktywność w kosmosie w tej chwili przede wszystkim służy Ziemi. Eksploracja obcych ciał niebieskich to jest tylko promil kosmicznego biznesu. Dzięki temu, że jesteśmy w stanie wynosić satelity na orbitę wokółziemską, dużo lepiej znamy naszą planetę. Rozumiemy, jakie procesy na niej zachodzą, np. związane z globalnym ociepleniem. Stawiamy też prognozy meteorologiczne dużo dokładniejsze niż kiedyś, jesteśmy w stanie przewidzieć różne kataklizmy, np. drogi huraganów, i się na nie przygotować.

Postawiłabym pytanie nieco inaczej: czy powinniśmy eksplorować daleką przestrzeń kosmiczną, czy też jeszcze bardziej skupić się na może mniej spektakularnej, ale za to bardzo pożytecznej działalności blisko planety? 45 proc. całego biznesu kosmicznego w Europie to telekomunikacja - przesyłanie danych, telewizja satelitarna, łączność.

Ale radzimy sobie bez satelitów, choćby stawiając maszty telefonii komórkowej.

Aleksandra Bukała: Na lądzie, bo na morzu z łącznością dalej jest ogromny problem. Czekamy na OneWeb - globalny internet, konstelację kilku tysięcy małych satelitów na niskich orbitach, które zapewnią w każdym miejscu kuli ziemskiej dostęp do sieci.

Jakub Mielczarek: W zasięgu satelitarnego internetu znajdą się wszystkie kraje, także te najbiedniejsze z Afryki i Azji. To będzie narzędzie wyrównywania szans, podniesie globalny standard życia. To samo dotyczy obrazowania Ziemi w czasie rzeczywistym, technologii, która da nam dostęp do aktualnych zdjęć satelitarnych dowolnego obszaru.

Na razie w Google’u widzę satelitarne zdjęcie mojego domu sprzed kilku lat.

Jakub Mielczarek: A teraz proszę sobie wyobrazić, że miałby pan w sieci obraz na żywo albo choćby sprzed godziny. To zrodzi wiele zagrożeń, ale też na pewno przyniesie ogromne korzyści.

Aleksandra Bukała: Obraz z satelity będzie o wiele tańszy niż zdjęcia lotnicze, z których teraz korzystają geodeci i kartografowie. Satelitarny monitoring przyda się w rolnictwie, żeby precyzyjnie i punktowo zarządzać uprawami, np. nie przesadzać z nawożeniem czy pescytydami.

Jakub Mielczarek: Z orbity będzie można sterować autonomicznymi pojazdami, nie tylko samochodami, ale też kontenerowcami na morzach, samolotami i dronami. Można też rejestrować promieniowanie termiczne i sprawdzać, gdzie ucieka ciepło z budynków czy linii ciepłowniczych. A do tego monitorować linie wysokiego napięcia, żeby minimalizować ryzyko awarii i przerw w dostawie prądu.

Aleksandra Bukała: - Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo jesteśmy już uzależnieni od technologii kosmicznych. Satelitarną nawigację GPS stworzyli wojskowi, ale dziś wszyscy z niej korzystamy. Aplikacje takie jak Google Maps podpowiadające, gdzie w pobliżu jest restauracja, pub czy mechanik samochodowy - to dziś ogromny rynek.

Jakub Mielczarek: No i bezpieczeństwo. Wojskowość jest jednym z głównych motorów rozwoju technologii kosmicznych.

Aleksandra Bukała: Jeśli chcemy w Polsce dobrze wykorzystać świeżo zakupiony rakietowy system ziemia-powietrze Patriot, to nie możemy prowadzić rozpoznania czy nawet celowania z powierzchni Ziemi, bo tu ogranicza nas horyzont, a te rakiety mają znacznie dalszy zasięg. Można celować z pomocą zobrazowań lotniczych, ale one są mało skuteczne w trakcie działań zbrojnych. Konieczne jest rozpoznanie satelitarne. Dlatego w Polsce zaczęła się dyskusja o wojskowym satelicie obserwacyjnym.

Jakub Mielczarek: Nie chodzi tylko o naprowadzanie rakiet czy pocisków, ale też o najzwyklejszą komunikację z misjami wojskowymi poza granicami kraju, np. z oddziałami w Iraku czy Afganistanie. Z tego, co wiem, polskie wojsko korzystało z komercyjnych satelitów, w tym rosyjskiego Gazpromu. A to nie jest całkiem bezpieczne, ponieważ nie mamy nad nimi pełnej kontroli. Wrażliwe technologie powinniśmy sami w Polsce rozwijać. Możemy oczywiście kupić satelitę wojskowego, ale nigdy nie będziemy pewni, co się w nim kryje. Może być tam jakaś furtka w hardwarze czy oprogramowaniu, z której nasz przeciwnik skorzysta w sytuacji kryzysowej.

Potrafilibyśmy sami zrobić takiego satelitę?

Aleksandra Bukała: Przemysłowa branża kosmiczna narodziła się w naszym kraju ledwie sześć lat temu, ale zdajemy sobie sprawę z oczekiwań polskiego rządu i wagi krytycznych technologii, które są kluczowe dla zapewnienia Polsce bezpieczeństwa. Staramy się krok po kroku zdobywać potrzebne kompetencje.

Pani Creotech pracuje dla wojska?

Aleksandra Bukała: Wojsko cały czas jest na etapie analiz i oczywiście wszystkie firmy kosmiczne, w tym nasza, są zaangażowane w konsultacje od strony technologicznej - co i kiedy jesteśmy w stanie w Polsce robić, a czego nie. Chcielibyśmy, aby ten dialog był bardziej ożywiony, ale zdajemy sobie sprawę z tego, że wojsko ma też inne, bardziej przyziemne problemy.