Plus ça change, plus c'est la même chose… Stare francuskie powiedzonko doskonale podsumowywało rzeczywistość korporacyjnych biurowców A.D. 2050. W czasach, kiedy walne zgromadzenia i posiedzenia zarządu mogły się odbywać wirtualnie – szybciej i całkowicie bezpiecznie dzięki kwantowym sygnaturom – korporacje niezmiennie inwestowały imponujące zasoby w fizyczne siedziby.

Biurowiec ZMorph Nutri, spółki wydzielonej z ZMorph decyzją Europejskiego Urzędu Konkurencji, może i nie był najwyższy na warszawskiej Woli, ale niewątpliwie najbardziej oryginalny. Dwustumetrowa podwójna helisa, której „łańcuchy nukleotydowe” były szybami panoramicznych wind, wyraźnie dawała odczuć betonowym sąsiadom, kto tu jest z pierwszej, a kto już z drugiej połowy XXI wieku. Zaraz po ukończeniu budowy pewna skrupulatna dziennikarka wyliczyła, że identyczną powierzchnię biurową dałoby się osiągnąć w klasycznej trzypiętrowej konstrukcji postawionej na tej samej działce. Rzecznik prasowy ZMorph zripostował uprzejmie, że wieżę Eiffla dałoby się przerobić na metalową kostkę o średnicy 13 metrów.

***

Rój dronów przeformował się w nieregularny pierścień, robiąc miejsce dla dużej służbowej maszyny na jednym z lądowisk na szczycie helisy. Podróż z Konstancina zajęła dziesięć minut, standardowy czas o tej porze dnia. Mecenas Gavlicky nie przepadał za autonomicznymi helikopterami, jego zdaniem oprogramowanie przedkładało logistykę nad komfort podróżujących, a to nie było dobre dla głowy i żołądka. Wolałby pokonać drogę z domu teslą, ale sprawa, do której został wezwany, najwyraźniej była ekstremalnie pilna. Oraz, rzecz jasna, ekstremalnie dyskretna. Tak pilna i dyskretna, że ściągnięto go osobiście do siedziby zarządu, zamiast zestawić szyfrowaną telekonferencję. 

Prawnik zjechał windą jedno piętro i znalazł się w przeszklonym hallu. Całe umeblowanie sporego przedsionka stanowiły trzy fotele z inteligentnej pianki oraz stoliczek z ZMorph UniSnack Mark V. Pokonując drogę od windy do staromodnych dwuskrzydłowych drzwi pokoju narad, mijało się rząd kryształowych kolumn z hologramami przedstawiającymi w chronologicznej kolejności najważniejsze osiągnięcia technologii domowego druku spożywczego. Niewątpliwy ukłon w stronę wiekowej tradycji, bo jak świat stary i szeroki, ludzie zdobili sale tronowe portretami przodków i sztandarami pokonanych nacji, szlacheckie rezydencje myśliwskimi trofeami, poczekalnie gabinetów szpalerami dyplomów i certyfikatów. Plus ça change…

Gavlicky, choć do osób sentymentalnych się nie zaliczał, każdorazowo z wielką przyjemnością zawieszał wzrok na hologramach. Historia, którą kapsułkowały, była doprawdy fascynująca. Konflikt, melanż i symbioza starego z nowoczesnym; walka konkurencyjna, w której mikroskopijne przewagi przekładały się na miliardowe zyski; prawo pozostające ciągle dwa kroki za innowacyjnością, ze wszystkimi tego powikłanymi konsekwencjami dla konsumentów, producentów i państwa.

Rynek domowych drukarek spożywczych zaczynał się, jak to nierzadko bywa, od zabawy. Ot, ktoś sobie wydrukował figurkę ulubionego superbohatera z czekolady. Albo czekoladową różę dla ukochanej. Albo czekoladowe dildo. Pionierskie czasy!

Po zabawie przychodzi moda. Domowy druk spożywczy schodzi pod strzechy, już nie tylko wąska gromada aspołecznych nerdów, ale zwykli ludzie eksperymentują z mieszankami smaków i form. Restauratorzy i producenci „tradycyjnej” (choć wówczas jeszcze nie używano tego epitetu) żywności czują oddech na plecach i przechodzą do kontrataku. Pierwsze ciosy są brutalne, ale zadawane na oślep: „Czy to nie jest toksyczne?!” (oczywiście nie, ma wszystkie możliwe certyfikaty); „Czy domowe drukarki nie naruszają interesów związków zawodowych przemysłu spożywczego?” (naruszają, tak samo jak 95 proc. innych maszyn); „Czy jeśli Norweg wydrukuje spaghetti carbonara, to nie będzie to forma apropriacji kulturowej?” (nie no, serio?). Po pierwszych sromotnych porażkach starego porządku konflikt przybiera formę wojny podjazdowej; formuje się kartel, który chce zablokować dystrybucję niezbędnych drukarkom składników, i teraz to ZMorph jest tym, który musi udowodnić, że jest poszkodowaną stroną. Udaje się, a organy antymonopolowe nakładają wielomiliardowe kary na spożywczych gigantów. Wojna kończy się rozejmem czy wręcz dialektyczną syntezą – korporacje spożywcze nie tylko przestają widzieć w druku 3D zagrożenie, ale też dostrzegają nowy rynek zbytu dla innowacyjnych półproduktów.

Z restauracjami sprawa jest wciąż trochę bardziej skomplikowana…

Kolejny hologram przedstawiał coś, co dla niewprawnego oka wyglądało jak obły blok czerwonego marmuru. Skojarzenie całkiem niegłupie, choć tak naprawdę chodzi o kawałek wołowiny. W socjologii trzecie dziesięciolecie XXI wieku to konstatacja – dla jednych zaskakująca, dla drugich oczywista – że im bardziej niezwykłe doznania jest w stanie zapewnić nowa technologia, tym ludzie bardziej doceniają the real thing. Możesz mieć tanio zmieniający kolory kostium rodem ze space opery – tym bardziej pożądasz tradycyjnego garnituru z Savile Row. Uroczy seksrobot o idealnych kształtach – a czy dałoby się mieć takiego, który wygląda i nawija jak sąsiadka z bloku obok? W przypadku spożywczego druku 3D fascynacja tęczowymi spiralkami o smaku szparagowo-pistacjowym dość szybko przygasła, bo ludzie zapragnęli the real thing.

Na ten przykład krwistych steków.

Drukowanie mięsa w warunkach domowych było sporym wyzwaniem dla ZMorph. Technologia istniała w profesjonalnym sprzęcie biomedycznym, ale jej udomowienie wymagało przycięcia gabarytów o rząd wielkości, a ceny i energochłonności o dwa rzędy. Firma nie chciała iść na skróty, dała się nawet pozornie wyprzedzić konkurencji, która wypuściła tańsze urządzenia do drukowania mięsnej papki. Kiedy wreszcie ZMorph pokazał sprzęt domowy z dopracowaną głowicą kolagenową, zachwytom konsumentów nie było końca, a niesprzedane drukarki konkurencji wylądowały hurtowo na stacjach recyklingu. Ludzie mogli sobie w domowym zaciszu wiernie wydrukować skrzydełko, nóżkę, cynaderkę czy rib eye’a. Wtedy właśnie restauratorzy i rzeźnicy przypuścili ostateczny atak na ZMorph, argumentując, że drukowane mięso nigdy nie osiągnie smakowej finezji tego prawdziwego. Korporacja podjęła rękawicę i ustawiła dla siebie możliwie jak najwyżej poprzeczkę: na domowej drukarce wydrukowano odpowiednik superekskluzywnej marmurkowej wołowiny wagy? od japońskich krów, które są karmione specjalną paszą, masowane i pojone piwem. W ślepym teście dziesięciu światowej klasy koneserów miało odróżnić produkt ZMorph od oryginału. Sześciu błędnie wskazało jako „tę prawdziwą” wołowinę z drukarki.

Jedzenie to jednak nie tylko zaspokajanie potrzeb organizmu, przyjemność czy forma socjalizacji. O tym przypominał jeden z ostatnich hologramów, stosunkowo prosty, bo złożony z paru ideogramów i linijek tekstu. Można przekonać do swojego produktu kubki smakowe konsumentów, portfele gospodarstw domowych, rynek jako taki czy ustawodawców, ale wciąż zostaje do podbicia ostatni bastion – sfera ducha. Stworzenie wersji halal drukarki wymagało specyficznych przeróbek sprzętowych i softwarowych, bo problemem było nie to, czy drukarka jest w stanie odpowiednią żywność wydrukować, ale bardziej to, czego absolutnie wydrukować nie wolno. Uzyskania certyfikatu Cosher Union wymagało jeszcze więcej zachodu, ba!, wręcz uruchomienia odrębnej linii produkcyjnej. Przez to drukarki koszerne sprzedawano ponoć poniżej kosztów produkcji, ale w kategoriach prestiżowych gra była warta świeczki.

Ostatnie hologramy znajdowały się na kolumnach w połowie przedsionka – ktoś przezornie zostawił miejsce na kilkanaście następnych…

***

Dwuskrzydłowe drzwi zamknęły się za Gavlickym. W gabinecie zarządu włączono wszystkie możliwe zabezpieczenia, łącznie z zasunięciem metalowych kotar zdolnych powstrzymać pocisk rakiety. Poza Prezesem obecna była także dyrektor kontroli wewnętrznej, Mercedes Krupa, oraz Alex Schmitt, najważniejsza osoba w centrum innowacji, odpowiedzialna między innymi za prestiżowy projekt samoreplikującej się drukarki Von Neumann.

– Mamy mały problem – zaczął bez ogródek Prezes.

Schmitt włączył holoprojektor. Zdjęcia były średniej jakości, pewnie wykonane kamerą szpiegowskiego mikrodrona, ale Gavlicky tak czy siak się ucieszył, że nie zdążył zjeść śniadania. Materiał przedstawiał różne ujęcia z przedziwnej uczty, na której eleganckie towarzystwo w średnim wieku spożywało… no cóż, raczej nie było wątpliwości, że surowe, ociekające krwią ludzkie członki.

– Nowa moda, tak zwane cannibal party – wyjaśniła Krupa.

– Nie no, niemożliwe – jęknął Gavlicky. – Przecież sprzęt jest zabezpieczony na czterech poziomach przed drukowaniem ludzkiego DNA, tego nie da się obejść!

– Ale to nie jest ludzkie DNA – wyjaśnił Prezes.

– Czyli wygłup! OK, niesmaczny, ale jedynie wygłup – odetchnął prawnik.

– Też nie do końca – syknął zakłopotany Schmitt. – Drukarka wykorzystuje modyfikowane świńskie DNA. Czyli to, de lege, wieprzowinka. Problem w tym, że komuś udało się tak dobrać modyfikatory, że smakuje jak najprawdziwsze ludzkie mięso, jest nie do odróżnienia.

– Ale… skąd!?

– Najsłabsze ogniwo, jak zwykle! – Krupa rozłożyła ręce. – Jeden z pracowników, teraz już wiemy, że niezły świr, użył prototypu Pigmaliona, by wydrukować masę próbek i skalibrować pod nie sprzęty domowe.

Gavlicky się zamyślił. ZMorph nie pierwszy raz padał ofiarą własnego sukcesu. Jakkolwiek w sumie nieszkodliwe były owe cannibal parties, sprawa była problemem wizerunkowym dla projektu Pigmalion, drukarki, która miała zrewolucjonizować medycynę II połowy XXI wieku.

– Ile mamy czasu, zanim media to roztrąbią?

– Godzinę – mruknął Prezes. – Maksymalnie. Może czterdzieści minut.

– A nie no, trzeba było tak od razu…

Dla dobrego specjalisty od zarządzania kryzysami czterdzieści minut to prawie wieczność. A kryształowym kolumnom przybędzie niedługo kolejny hologram burzliwej historii ZMorph…

*Bartłomiej Dzik - ur. w 1975 r., ekonomista, publicysta, autor opowiadań s.f. i tekstów popularnonaukowych, prowadzi bloga społeczno-ekonomicznego Dzikonomika