Pomiędzy rokiem 1965 a 1985 tożsamość Zachodu, nasze „ja”, uległa transformacji. Z antymaterialistycznych, antyestablishmentowych hipisów stosujących nieposłuszeństwo obywatelskie przeobraziliśmy się w wielkomiejskich yuppies ciągle uganiających się za pieniądzem i luksusem oraz kierujących się mottem Gordona Gekko, że chciwość jest dobra. Gdyby pojedynczy człowiek przeszedł tak ekstremalną metamorfozę, bylibyśmy zaskoczeni. A tymczasem stało się tak z całą kulturą. Co mogło spowodować tak radykalną zmianę?

Chociaż przyczyn takich zjawisk nie można sprowadzić do jednego źródła, możemy jednak wskazać jeden czynnik dominujący: gospodarkę. Na początku lat 80. prezydent Ronald Reagan i brytyjska premier Margaret Thatcher napisali na nowo zasady, według których wcześniej toczyło się życie. I wtedy z zadziwiającą szybkością zmieniło się to, kim byliśmy.

Psychologowie zaświadczają, że środowisko ma ogromny wpływ na kulturę. Wielu skupia się na różnicach między indywidualistycznym Zachodem a kolektywistycznym Wschodem. Historia przebiegała mniej więcej tak: zachodnia koncepcja własnego ja narodziła się w Grecji, państwie podzielonym na blisko tysiąc miast-państw, zwanych polis, funkcjonujących na terenach, na których niezbyt urodzajna ziemia nie sprzyjała rozwojowi rolnictwa. Przetrwanie wymagało sporego zachodu – garbowania skór, robienia oliwy z oliwek, łowienia ryb. Ta indywidualistyczna gospodarka stworzyła indywidualistyczny ideał jednostki. Grecy szukali indywidualnej sławy i chwały. Stworzyli igrzyska olimpijskie, święto indywidualnej rywalizacji, a okres istnienia ich cywilizacji to również zadziwiająca era demokracji.

Porównajmy teraz ten scenariusz ze starożytnymi Chinami, z pofałdowanym krajobrazem, w którym przetrwanie oznaczało bycie częścią dużej społeczności rolniczej. Przetrwanie zależne od grupy, a nie od jednostki. Według Konfucjusza „osoba ponadprzeciętna” nie powinna się tym chełpić, preferowane było „ukrywanie swoich zalet i cnót” – zupełnie inaczej niż szukający chwały Grek. Inny krajobraz stworzył inny rodzaj człowieka, z innym zestawem wartości podstawowych. Jeden traktował priorytetowo jednostkę, drugi zbiorowość. Jeden widział rzeczywistość obejmującą poszczególne obiekty, drugi sieć powiązanych ze sobą sił.

Tego rodzaju różnice poznawcze odkrył w swoim laboratorium psycholog Richard Nisbett z University of Michigan. Kiedy zaprezentujesz młodym Azjatom film pokazujący akwarium z rybkami, będą skanowali i chłonęli całość sceny, podczas gdy ludzie wychowani w kulturze Zachodu skupią się bardziej na dominującej rybie. Zapytani o to, co sądzą o tej pojedynczej rybce, najprawdopodobniej powiedzą: „To przywódca”; tymczasem mieszkaniec krajów Wschodu powie: „Szkoda mi jej, ponieważ nie jest częścią grupy”.

Ludzie rodzą się niekompletni. Przez całe dzieciństwo i okres dojrzewania mózg chłonie ogromne ilości istotnych informacji, których używa do dalszego budowania tego, kim jesteśmy. To tak, jakby mózg zadawał jedno zasadnicze pytanie: kim powinienem być tu teraz, aby się rozwijać? W starożytnej Grecji – chełpliwym indywidualistą nastawionym na sukces. W starożytnych Chinach – skromnym graczem zespołowym. A kim jest współczesny człowiek z kręgu cywilizacji zachodniej?

Odpowiedź brzmi: neoliberałem.

Po ekonomicznym chaosie lat 70. oceniano, że Stany Zjednoczone i Wielka Brytania stały się zbyt kolektywne. W poprzednich dziesięcioleciach realizowano w USA program reform społeczno-gospodarczych określanych jako Nowy Ład, który obejmował ustawę o ubezpieczeniach społecznych, rygorystyczne przepisy dotyczące bankowości i biznesu. Równocześnie rosły w siłę związki zawodowe. Ta kolektywnie zorientowana ekonomia stworzyła kolektywnie zorientowanych ludzi: wbitego w garnitur korpoludka i jego dzieci – hipisów. Dla Ronalda Reagana i Margaret Thatcher ocalenie społeczeństwa oznaczało ponowne odkrycie naszych indywidualnych korzeni.

Obniżali podatki i upraszczali przepisy, walczyli ze związkami zawodowymi, ograniczyli realizowanie egalitarnej polityki państwa opiekuńczego, sprywatyzowali majątek państwowy i osłabili mechanizmy wspierania osób ubogich i słabszych grup społecznych. Realizowali neoliberalne marzenie o globalizacji – jednym wspólnym rynku ze swobodnym przepływem towarów, który obejmowałby całą planetę. Jak najwięcej obszarów ludzkiego życia miało się stać polem i przedmiotem rywalizacji jednostek.

W 1981 r. Thatcher powiedziała: „To, co mnie irytowało w programach ekonomicznych ostatnich 30 lat, to to, że ich celem zawsze było społeczeństwo kolektywistyczne”. Potem wygłosiła opinię, która brzmiała niemalże złowrogo. „Gospodarka jest środkiem – prawdziwym celem jest zmiana duszy”. I dokładnie to się stało.

Z przeprowadzonego w 2010 roku przez naukowców z University of San Diego pod kierownictwem Jeana Twenge’a badania, które objęło 325 milionów imion amerykańskich noworodków zarejestrowanych w latach 1880-2007, wynika, że począwszy od 1983 roku, nastąpił gwałtowny wzrost liczby rodziców, którzy zaczęli nadawać dzieciom niepospolite imiona. Rodzice, jak sugerowali autorzy badania, chcieli, aby ich dzieci „wyróżniały się i zostały gwiazdami”. Rok wcześniej, w 1982 roku, ukazała się kaseta wideo z instruktażem ćwiczeń aerobiku „Jane Fonda’s Workout Video”, która sprzedała się w ponad milionie egzemplarzy i stała się zwiastunem ogromnej mody na fitness, która wciąż jest z nami.

W latach 80. pojawił się i rozpowszechnił ruch na rzecz podniesienia poczucia własnej wartości (self-esteem movement), którego promotorzy obiecali, że miłość własna ponownie sprawi, iż Ameryka będzie konkurencyjna. Od tamtego momentu jesteśmy w dużej mierze narcystyczni. Indywidualistyczny Zachód zawsze był skoncentrowany na „ja” pojedynczego człowieka, ale to było coś nowego. Neoliberalizm oznaczał jeszcze bardziej zintensyfikowaną formę indywidualizmu, co przyniosło wielkie korzyści, ale ponieśliśmy również tego bardzo poważne koszty.

Z punktu widzenia milionów ludzi ten system się sprawdził. Standardy życia wielu ludzi wzrosły, a globalne ubóstwo spadło o ponad połowę, jak wynika z danych Banku Światowego. Ale wzrosły również nierówności. A nieustanne skupianie się na jednostce w połączeniu z coraz trudniejszymi dla zwykłego człowieka warunkami ekonomicznymi okazało się toksyczne dla naszego zdrowia psychicznego. My, indywidualiści, świetnie sobie radzimy z przyznawaniem się do sukcesów. I równie dobrzy jesteśmy w obwinianiu się o porażki. A obecnie zjawisko to spotęgowane jest dodatkowo przez rozwój mediów społecznościowych – coraz więcej z nas ma właśnie poczucie porażki.

Nasze zwiększone wyczulenie na wszelkie sygnały mogące oznaczać porażkę nazywamy perfekcjonizmem. Ten sposób myślenia jest zwiastunem fali samookaleczeń, depresji i samobójstw. Badanie przeprowadzone w roku 2017 przez Thomasa Currana i Andrew Hilla wśród 40 tys. studentów w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanadzie wykazało, że w latach 1989-2016 wśród młodych ludzi o 33 proc. zwiększyła się grupa uważających, że muszą „wykazać się perfekcjonizmem, aby uzyskać aprobatę”. Ankieta dotycząca zachorowalności dorosłych w Anglii pokazuje, że w latach 2000-14 liczba dorosłych zgłaszających przypadki samookaleczeń wzrosła ponaddwukrotnie. W Stanach Zjednoczonych rosną wskaźniki lęku i depresji u nastolatków. Jak podaje amerykańskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (CDC), mimo powszechnego stosowania od lat 80. XX w. leków przeciwdepresyjnych wskaźnik samobójstw w Stanach Zjednoczonych wzrósł w latach 1999-2014 o 24 proc.

Światowy kryzys finansowy w 2008 roku nie pomógł rozwiązać tego problemu. Co ciekawe, narcyzm, którego stopień wzrastał w latach 90. i w pierwszej dekadzie XXI wieku, podobno zaczął spadać. Chociaż przyczyny tej zmiany są niejasne, zastanawiam się nad psychologicznymi następstwami szoku gospodarczego jako potencjalnie istotnym czynnikiem.

Przed rokiem 2008 wydawało się, że gospodarka neoliberalna zasadniczo jest zjawiskiem pozytywnym dla większości ludzi. Ale od czasu globalnego kryzysu finansowego miliony ludzi zaczęły dostrzegać, że system ekonomiczny nie działa prawidłowo. Jako reakcja na to najpierw narodził się Occupy – międzynarodowy, progresywny ruch społeczno-polityczny występujący przeciwko nierówności społecznej i gospodarczej, a następnie odrodziły się w politykach tożsamości skrajnej prawicy i skrajnej lewicy. W zależności od tego, kogo zapytamy, uzyskamy odpowiedź, że obecny system ekonomiczny został zmajstrowany przez bankierów i korporacje, że jest wrogi wobec kobiet, ludzi o kolorze skóry innym niż biały albo wobec białej klasy robotniczej.

Mogliśmy obserwować, jak neoliberalna Hillary Clinton przegrywa z antyglobalistycznym Donaldem Trumpem. Również brexit był oparty na antyglobalistycznych przesłankach. W tym samym czasie wzrosło poparcie dla antyneoliberalnego Jeremy’ego Corbyna. Postrzeganie gospodarki jako obszaru zła i kłamstwa wyzwoliło gniew i jednocześnie sprawiło, że jesteśmy coraz bardziej plemienni. To mogłoby wyjaśnić trend, który sprawia, że „my” robi się ważniejsze niż narcystyczne „ja”. Może to nawet pomóc wyjaśnić wspomniany wzrost częstotliwości występowania ponurych konsekwencji perfekcjonizmu.

Jeśli to prawda, to mamy kolejny dowód, że to, kim jesteśmy, bardzo zależy od tego, gdzie jesteśmy. Ludzie chcą się rozwijać i iść naprzód. W tym celu gotowi są przybrać dowolną tożsamość, która im to umożliwi. Staną się kimkolwiek. W XXI w. reguły gry nie są już określane przez otaczający nas fizyczny krajobraz. W dzisiejszych czasach głęboko w naszym życiu zakorzenioną i potężną siłą definiującą środowisko jest gospodarka.

Tłum. Maciej Kosianowski

*Will Storr jest dziennikarzem i autorem książki „Selfie: How The West Became Self-Obsessed”