Profesor stał przy głównej konsoli. Tłum studentów innych uczelni, naukowców, dziennikarzy, wielbicieli symulacji i zapisów śnienia wypełniał aulę mieszanką emocji. Prelegent czuł własny strach na języku; udział w eksperymentach stymulujących rozwinął jego kubki smakowe.

Kilkadziesiąt lat wstecz nie potrafił się skomunikować choć z jedną osobą. Dziś miał udowodnić światu, że to, co odkrył uwięziony we własnym wnętrzu, znajdowało się na wyciągnięcie ręki.

– W bardzo niecywilizowanych czasach początku wieku ludzi przebywających w pobliżu Azylu nazywano warzywami. Ordynator mówił o mnie brokuł.

Żart sprowokował nerwowe śmiechy. Kilka dziewcząt wyglądało na rozhisteryzowane. Ostry smak przerażenia złagodniał pod wpływem słodyczy. Te wszystkie młode, bystre umysły, o które coraz trudniej w starzejącym się społeczeństwie, oddawały się nauce. Oddawały się profesorowi.

– Oczywiście nie robił tego przy mnie. Pielęgniarka mi donosiła. Byłem świetnym powiernikiem. Starała się ze mną oswoić. – Mężczyzna zamknął oczy, sięgając głębiej do zasobów pamięci. – Śpiączka jako ostry stan zaburzeń świadomości wzbudzała współczucie, ale nieprawidłowości utrzymujące się po otwarciu oczu przerażały. Ja tak to odbierałem, zatrzaśnięty w – jak mi się zdawało – martwym ciele. Dali mi kilka szans na nawiązanie kontaktu, gdy starali się postawić precyzyjną diagnozę: stan wegetatywny, minimalna świadomość, zespół zamknięcia, mutyzm akinetyczny. Wiedza na temat procesów zachodzących w mózgu była żałosna. Zapisy śnienia i neuromanipulacje raczkowały, a pacjenci z urazami stojący na progu Azylu nie potrafili się ku niemu zwrócić. – Profesor otworzył oczy i powiódł spojrzeniem po swoim przyszłym opus magnum. – Jakby ktoś wpuścił ich do Biblioteki Aleksandryjskiej w kaftanie bezpieczeństwa. Wszystkie siły kierowali ku temu, by z niej wyjść. Umysł widzi taką wiedzę jako niebezpieczeństwo i śmierć. Bo Azyl to rozproszenie, negacja jednostki.

Światła odbijały się w roziskrzonych oczach. Spijano niecierpliwie jego słowa, ale on mówił powoli, ważąc każdą myśl.

– Włączam automedyków. Jeśli ktoś zapomniał wyjąć czipy z ubrań, proszę oddać, żeby moi asystenci nie niepokoili was w trakcie eksperymentu. Tyczy się to również filtrów – w naszej sali powietrze jest doskonałe. Załóżcie helmety. Przeżyjecie część mojej historii i – jak sądzę – idąc po moich śladach, za moim głosem, dosięgnięcie Azylu.

Zgromadzeni umieścili na głowach najnowsze wersje Oka. Roztaczali kwaśny zapach potu, paniki, buntu maltretowanych instynktami ciał skłaniających do ucieczki. Nikt nie odważył się nawet podnieść z fotela; androidy czuwające przy każdym rzędzie reagowały na niepożądany ruch wbiciem nieprzyjemnego, laserowego spojrzenia w rozdygotanego delikwenta.

Profesor odetchnął głęboko i wypowiedział hasło:

– Wejdźmy zatem w otchłań.

***

Ignorując palpitacje serca, Piotr nałożył helmet, złakniony wrażeń rodem z najlepszych gier s.f. Franka, jego siostra pracująca dla profesora, załatwiła mu udział w badaniu. „Potrzebujemy kilku osób nieświadomych, co je czeka. Easy, Piter, to maks bezpieczne. I zajebiste. Nigdzie nie uraczysz takiego experience, nawet w Chińskim Cyberparku Urzeczywistniania Snów”.

No i Piotr się zgodził. Przypisany mu holoterapeuta, którego nazywał wścibską mendą, zasugerował, że to kolejny przejaw podejmowania karkołomnych, zbędnych wyzwań stanowiących formę pokuty za błędy przeszłości, z którymi Piotr – wylękniona sierota i perfekcjonista – nigdy sobie nie poradził.

„Pierdolisz” – skwitował w myślach i udał się do ośrodka zombiaków, jak nazywał miejsce pracy Franki.

A teraz zamiast pstrokatych symulacji przywitały go ciemność i cisza. Paraliżowały, nie był w stanie zlokalizować własnego ciała. Pełne synchro z wirtualem, najs – chciał dodać sobie otuchy, ale nie pomogło. Myśl zdawała się gwałtowna i krzykliwa, przecięła mrok niczym spadająca gwiazda.

Chyba zwariuję – stwierdził po jakimś czasie. Myśl okazała się rozlazła jak guma do żucia, którą rozciągał w dzieciństwie od jednego ulicznego holowyświetlacza do drugiego. Ciemność robiła się kleista, zatykała, by po chwili rzednąć i sprawiać, że Piotr czuł, jakby spadał.

– Żeby być świadomym, obszary mózgu muszą pozostawać w łączności. Jesteśmy jak instalacja z poplątanymi kablami – rozległ się znienacka wibrujący głos profesora. Instalacja z kablami? Co za przedpotopowy frik. Piotr miał jednak ochotę przylgnąć do niego, jak ślepe kociątko do matki. Widział ich wiele u babci, na zabitej dechami wsi dystryktu antycywilizacyjnego.

Wspomnienia wystrzeliły ponad mrok, zalewając go migawkami obrazów.

Próbował te kociaki ratować, lecz babcia wrzucała je do worka i zakopywała w lesie. Nie docierały do niej argumenty o sterylizacji i adopcji – jeśli wnuczek nie załatwił im domów zaraz po narodzinach, „szczurki” były stracone. Piotr zaciekle próbował, lecz jako dzieciak niewiele mógł.

Raz, przepełniony rozpaczą, poszedł za babcią do lasu…

– Gdy wypadłem z samochodu i rozwaliłem głowę – ciągnął Głos – w moim mózgu powstały rozlane uszkodzenia, a łączność została ograniczona. Organizm, wspierany lekami, walczył z szokiem neuronalnym, tworzył nowe neurony. Aktywność w moim umyśle rozpalała się i gasła. Tkwiłem w sobie niczym na wiecznie kręcącej się karuzeli, z której nie sposób zejść.

Piotr doświadczał plątaniny doznań złożonych ze wspomnień, błysków, ciągów słów i myśli. Wyskakiwały znienacka i pogrążały w ciemności, a on jednocześnie utwierdzał się w tym, kim jest, i zapominał.

Potem zaczęła się kakofonia snów. Piotr był drzewem, a ludzie w maskach piłowali gałęzie. Był gwiazdą i rozerwała go eksplozja. Siedział w Macu i zajadał frytki, które okazały się jego palcami.

– W pewnym momencie karuzela zaczęła zwalniać. Pierwsze słowa, które do mnie dotarły, brzmiały…

ZAGOIŁO SIĘ – przetoczyło się przez umysł Piotra jak głaz zepchnięty ze szczytu góry. Wyczekiwał bodźców od nowa instruujących go, gdzie ma ciało – głowę, uszy, ręce i nogi, nieruchome, niereagujące, lecz na powrót istniejące.

Ciemność została rozdarta przez palącą jasność.

– Po pięciu tygodniach zaczęły wracać reakcje odruchowe. Otworzyłem oczy. Stwierdzono stan wegetatywny. Stałem na granicy pomiędzy Azylem a światem, ale nie miałem o tym pojęcia. Całym sobą pragnąłem „wrócić” i powiedzieć, żeby przestali uparcie ubierać mnie w koszmarną koszulę ze szczenięcych lat. Pomysł matki. Nic nie było istotniejsze, niż oznajmić każdemu, kto się mną zajmował, by przestał robić różne rzeczy. Chciałem odzyskać władzę nad sobą.

Symulację nad podziw dopracowano – Piotr widział bliskich, swoich lekarzy, pielęgniarki opiekujące się niegdyś dziadkiem. Przestarzały telewizor wujka Zdzicha. Migająca transmisja drażniła. Dość długo próbował rozróżnić obrazy, a gdy mu się udało, pożałował – programy pochodziły z przeszłości profesora. Urządzenie, które wjechało do upiornie prymitywnej sali szpitalnej z początków XXI wieku, również wywleczono ze wspomnień naukowca.

– Nie chciano uwierzyć w potencjał CyberOka, tak jak nie wierzono, że brokuł jest czymś innym niż warzywa w szpitalnej stołówce, ale upór zaowocował. Oko służyło do diagnostyki stopnia świadomości i terapii dla apalicznych. Doskonale wiecie, ilu pacjentów wyciągnęliśmy z zaburzeń, nawet najgłębszych. Nasza kadra pedagogiczna, lekarze i studenci to osoby przywrócone światu z rubieży Azylu. Premierka, medaliści olimpijscy. Mamy dziś trzy razy więcej diabetyków, ale pokonaliśmy śpiączki cukrzycowe. Metody wybudzania pozwoliły opracować stymulanty talentów i śpiączkę zdrowotną. Ale wy widzicie teraz moje pierwsze Oczko. Praca nad nim była żmudna, dla was będzie katorgą. I dobrze. Nie chcę, byście oddalili się od Azylu. Odwrócimy proces.

Piotr poczuł zdenerwowanie i skok tętna, choć dalej leżał jak kłoda. W telewizji leciał koszmarny show. Pierwszym, co wydukał przez CyberOko, było: „Kurwa”. Nie wiedział, czy klnie na migające pudło, czy na profesora.

– Zgodziliście się na eksperymentalne metody (niektórzy na siostrzane słowo – pomyślał Piotr). Zostaliście wprowadzeni w stan zbliżony do śpiączki zdrowotnej, ale głębszy. Metabolizm mózgu zwalnia. Podaliśmy środki aktywizujące niektóre obszary (świetnie, ululał mnie i naćpał). Automedycy gruntownie was przebadają, uzupełnią niedobory. Proszę się rozluźnić (JASNE). Niestety nie jest to gra, nie wylogujecie się w dowolnym momencie (bo wtedy bym ci przypierdolił).

Mantra profesora rozbrzmiewała w głowie Piotra, a w tym samym czasie trwała scena w szpitalu. CyberOko nadawało przekleństwo za przekleństwem, mężczyzna nie mógł i nie zamierzał się opanować.

– Pobudzamy funkcje poznawcze do wewnątrz. Wmawiamy ciału, że poza nim nie ma świata. Droga do przetrwania wiedzie przez głębię. Aktywność waszych mózgów namaluje nam Azyl. Sięgamy po więcej niż to, co przeżywacie, gdy jadąc metrem do pracy, podpinacie się pod filmosen i robicie krótkometrażówki podczas drzemki, którymi potem umilacie sobie lunch. Uważano dotąd, że sen odkrył przed nami najważniejsze tajemnice świadomości, ale to jedynie powidok Azylu.

Sala szpitalna zaczęła tracić na wyrazistości (dzięki czemu Piotr przestał oglądać coś, co Zdzichu nazywał „celebryckim spleszem” puszczanym na zmianę z „Rolnik szuka żony”). Mężczyzna znów znalazł się w pół drogi do świadomości; jakby stąpał po linie i przechylał się to ku niej, to na stronę nieistnienia. Doszedł do wniosku, że istnienie to właśnie świadomość. I możliwość jej wyrażenia. Profesor zabrał mu tę opcję.

Ale biokaszana.

– Chcę, żebyście weszli jak najgłębiej. Azyl wydaje się dostępny tylko przy zaburzeniach świadomości. Staramy się je pogłębić. Niedługo zostaniecie sami. Bodźce słuchowe przestaną docierać.

Błyski. Kocięta. Zapach ziemi. Twarz umierającego dziadka. Pierwsza naga dziewczyna, którą zobaczył w realu. Moment, gdy widział na ekranach zamach stulecia. Kometa. Holoskok z gigantycznego urwiska. Zielony sufit… Tak, to sufit w szpitalu, w którym się urodził…

– Drzwi do mojego Azylu były przegrodzone wspomnieniami najsilniejszych doznań. Pewnie już was prześladują. Przedarłem się przez nie. Gdy straciłem nadzieję. Gdy nie szło mi z CyberOkiem i się wycofałem. Były tam informacje w bardzo… embrionalnej formie. Nie tylko dotarłem do schorzeń przodków tkwiących w pamięci genetycznej, mogących mnie dopaść. Nie tylko do zalążków myśli, które przepadły lub z czasem się rozwiną. Patrzyłem przez wewnętrzne Oko na strukturę gwiezdnego pyłu, z którego wszyscy jesteśmy ulepieni, i mogłem odczytać najprostsze cząstki, jeszcze nieodkryte (ale pociskasz, stary grzybie…). Podpiąłem was do mojej wersji Oka, które nazywam kocim, bo jako dziecko lubiłem mit o kociej zdolności zaglądania w inne światy (nie no, kurwa, wzruszyłem się). Podaję farmaceutyki. Pomogę wam zachować ciągłość i sterowność uwagi. I nie przeładować systemu poznawczego. Będziecie chcieli mnie zwalczyć. A jedyną drogą jest Azyl.

Eksplozja barw, niby-fajerwerki. Opadły na Piotra odrzucone poza świadomość obrazy. Zalegały stosem gdzieś w umyśle i podłożono pod nie dynamit. Niezliczone wersje siebie oszałamiały. Panował harmider doznań: intensywne, proste emocje okresu niemowlęctwa, wszystkie końce świata dzieciństwa, rozkosze i cierpienia nastoletniego życia. I te najcięższe działa wkraczania w dorosłość. Piotr był jednak odcięty, nagi, gdy jego życie rozsypywało się wokół. Aż został tylko on, cienki jak włos, naprzeciw czegoś…

– Kocie Oko będzie czytać wasze mózgi. – Głos docierał z dali. – Lata eksperymentów pokazały mi, że każdy widzi inny fragment Azylu. To większa całość. Nie można prowadzić pojedynczych badań w odstępach czasu, tylko wielu ludzi musi jednocześnie zostać odwróconych w stronę wnętrza.

Piotr był wciskany w ciemność. Otumaniony. Nie mógł zakotwiczyć samego siebie, jakby był zanurzony w ciemnej wodzie. Jedynym lądem był mocno już znienawidzony, a jednocześnie wręcz narkotycznie pożądany, zanikający Głos. Przed Piotrem rozwierała się otchłań, nieodróżnialna od czarnego tła gasnących obrazów, lecz wyczuwalna, tak jak wyczuć można wbite w kark spojrzenie drapieżnika.

– Filozofowie podkreślali, że zerwanie jabłka z drzewa poznania dobra i zła było nieodzowne. Musieliśmy wypowiedzieć posłuszeństwo. Neomyśliciele grzmią, że nasza cywilizacja dojrzała i znowu możemy, tym razem w pełni świadomie, sięgnąć ku niedostępnemu. Tym razem jesteśmy gotowi. Nie bójcie się. Pozwólcie sobie zniknąć. Możecie przejść za kurtynę. Musicie tylko tego chcieć.

Piotr wydawał się coraz mniejszy. Wiedział, że może zawrócić. Usłyszał miauczenie kociąt. Zza zasłony skrywającej jądro, ten cholerny Azyl.

Przesadzasz, psorze. Naprawdę, megaprzypał.

Ruszył ku nieznośnym piskom. Miał wrażenie, jakby wracał do życia płodowego.

Dźwięki urwały się. Pępowina dokądś pociągnęła…

Ślepe, głuche kociątko. Intensywny zapach ziemi.

Piotr przekroczył zasłonę.