Magister Wenancjusz Skwarek podniósł głowę. Co to za hałas? Na trójce szykował się poród, ale gładki. Powinien być spokój. Wrócił do planowania ruchów wojsk, jednak nie mógł się skupić.

Zdjął okulary. Rozejrzał się. Nasłuchiwał chwilę.

Wreszcie westchnął i wstał. Korytarz porodówki rozświetlały nocne światła przy podłodze. Boksy tonęły w ciemnościach. Z któregoś z ostatnich dobiegało żałosne kwilenie.

„Kot? - pomyślał Skwarek. - Skąd kot?”.

- Głupie żarty - przeklął dowcipnych kolegów. Miał dziś urodziny i kot w boksie dwustukilowej maciory mógł wydawać się doskonałym prezentem.

– Pokażę wam jeszcze – odgrażał się pod nosem.

Wreszcie znalazł ten boks. Rzeczywiście trójka. Spojrzał na panel. Sztuczna macica była pusta, podajnik przekazał noworodka do boksu dziesięć minut temu. Przesunął palcami po ekranie, żeby poruszyć kamerami. W końcu znalazł, ale nie kota.

Najpierw nie mógł uwierzyć. Potem nie chciał. Na samym końcu nie miał wyjścia.

W boksie leżało ludzkie niemowlę. Ssało jeden z dwunastu sutków. Nie wyglądało na wcześniaka.

– O ja pierdolę – szepnął Skwarek resztką oddechu.

Zemdlał.

*

Scena Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie mieniła się złotem i amarantem. W jasnym świetle reflektora stał niewysoki, szczupły człowiek i kłaniał się skromnie. Na stole przed nim piętrzył się stos żeberek z grilla.

– Wielkie brawa dla Antoniego Wiechy, triumfatora naszego triennale! – krzyknął konferansjer. – To najlepsze żeberka, jakie jedliście w życiu. Zresztą sprawdźcie sami!

Drzwi do foyer otwarto i ludzka fala podniecona galą popłynęła gnana głodem i zapachem. Tylko VIP-y wdrapały się po schodkach na scenę, aby w towarzystwie zwycięzcy skosztować nagrodzonych medalem „Mięsny Laur Smakosza 2050” najlepszych żeberek, jakie jedli w życiu.

Wiecha porozmawiał z każdym z dyrektorów, kierowników i wiceministrów. Z żadnym nie wypił jednak nawet lampki szampana, wymawiając się zaleceniami lekarza.

– Poza tym mam świnie do nakarmienia – żartował.

Kiedy tuż przed północą goście się rozeszli, do Wiechy podeszło dwóch mężczyzn w garniturach.

– Idziemy? – zapytał wyższy.

Wiecha skinął potulnie głową.

*

– Co zatem wiemy? – zapytał komisarz Podłęcki.

Był zły, zmęczony i bardzo chciał się napić piwa. Miał wszystkiego dość, a tej sprawy szczególnie. Chciał tylko podsumować osiągnięcia dzisiejszego dnia i kazać wszystkim się rozejść. Sobie też.

Włączył przedpotopowy rzutnik. Na ścianie ukazał się stos żeberek z grilla. Ślina natychmiast wypełniła usta policjanta.

– Żeberka wyprodukowane przez firmę Mięsoksero z Grodziska okazały się ludzkie, nie świńskie. Wzorzec dostarczył zwycięzca konkursu na najlepsze polskie mięso Antoni Wiecha. Wszystko wyszło na jaw wyłącznie przez pazerność tego osobnika.

Spod żeberek wychynęła końska twarz rozjarzona w uśmiechu debila.

– Michał Puzder, pracownik Mięsoksera. Kobieciarz, morfinista, nałogowy gracz w CraftoPoly.

– Co zrobił? – zapytała sierżant jakaśtam, świeżo przydzielona do zespołu.

– Podebrał z taśmy produkcyjnej egzemplarz przed sterylizacją i wysłał do Instytutu Rolnictwa w Puławach. Żeby sklonowali. „Dla celów reprezentacyjnych” - napisał. Tak naprawdę chciał zrobić grill na wsi z najlepszej świni w Polsce. Niestety, zamiast świni urodziło się to.

Znów popchnął prezentację.

– O, jakie słodkie! – wyrwało się komuś.

Ekran ukazał noworodka przyssanego do dorodnej świni.

– To Ewa Puławska. Tak nazwał ja dyrektor instytutu.

– Ewa, bo z żebra? – nowa wyglądała na rozbawioną.

Podłęckiemu nie przyszło to wcześniej do głowy.

– Oczywiście, proszę bez głupich pytań – przybrał minę służbisty. – Czekam na mądre, jeśli ktoś ma.

Nikt się nie odezwał.

– Prześpijcie się z tym. I nie spóźnijcie się na odprawę o dziewiątej.

Po chwili sala była pusta, nie licząc Podłęckiego i nowej.

– W jakiej sprawie tak naprawdę jest śledztwo? – zapytała.

– Formalnie sto sześćdziesiąty. Świnia mogła udusić noworodka.

– A nieformalnie?

– Musimy się dowiedzieć, skąd Wiecha wytrzasnął to żebro. Gdzieś przecież leży reszta tego mięsa. A wszystko dyskretnie, bo konkurs sponsoruje Ministerstwo Żywienia i nie chcemy ani trochę smrodu.

– Szukaliście DNA, hm… – zawahała się – dawcy?

– Tak. W bazie jej nie ma, czyli urodziła się przed 2040, nienotowana. I nie starała się ostatnio o wizę do Unii Europejskiej ani Chin. Znamy tylko haplotypy. Nie wiem, co to, ale ponoć oznacza, że to Polka. Z dziada pradziada.

– To ogranicza liczbę potencjalnych ofiar do jakichś dziesięciu milionów – uśmiechnęła się ironicznie. – Nalać panu kawy?

Pokręcił głową i nagle przypomniał sobie, jak się nazywała. Mleczko przecież. Dagmara Mleczko.

– Robiliście już wizję lokalną?

– Pracujemy dopiero od dwóch dni. Wczoraj była gala konkursu i Wiecha musiał tam być. Rozumie pani. Ministerstwo i w ogóle. Nawet teraz nie jest w areszcie, tylko siedzi w Continentalu z obrożą.

– Mogę zobaczyć jego zeznania?

Pchnął w jej kierunku plik. Otworzyła, wczytała się. Podłęcki czekał zrezygnowany. Na szczęście dużo tego nie było.

– Że niby na śmietniku? Ludzkie żebro? – podniosła wzrok.

Wzruszył ramionami.

– Nie udowodnimy mu, że nie.

– Chyba że w czasie wizji. Sprawdzimy monitoring i od razu wyjdzie, że kłamie.

– Monitoring? On jest z Podlaskiego. Jedyne kamery we wsi są w jego chlewni.

– Tak czy inaczej, musimy tam pojechać.

Zajrzał w kalendarz, przesuwał i smyrał terminy, wzdychając.

– Pojutrze – powiedział wreszcie. – Jutro prokurator ma rocznicę komunii.

Mleczko uniosła brew. Komisarz rozłożył ręce.

– Pojutrze. Z samego rana. Pojedzie pani z nami. Miał jechać Jachnik, tyle że zachorował. Ale najpierw Mięsoksero. Jutro.

*

– Jak to działa? – zapytał Podłęcki, rozglądając się po hali zakładów mięsnych.

– Tutaj wsuwamy wzorzec, następuje mikroklonowanie, warstwa po warstwie, i tutaj, o – kierownik zmiany wskazał na otwór wyjściowy linii produkcyjnej – wychodzą zapakowane żeberka. Albo schabowe. Albo co tam klient sobie zażyczył. Niedawno robiliśmy psinę dla Chińczyków. Tylko ryby nie wychodzą.

– Czyli to klonowanie? – dociekał komisarz.

– Tak, ale jedynie komórek. Nie trzeba całego zwierzaka, tylko wzorzec. Zresztą nie tylko mięsa. Widziała pani nasze ziemniaki?

Mleczko pokręciła głową.

– Tam są. Pani pewnie myślała, że te w supermarketach to umyte. Nie, one ziemi nigdy nie widziały. I marchew. I różne tam pataty. Tylko czekać, aż ludzie zaczną tak dzieci robić.

Podłęcki rozkaszlał się nagle.

– Pan katolik? Przepraszam, to taki ponury żart. Nic złego nie miałem na myśli – zaczął kierownik, ale komisarz machnął jedynie ręką.

– A to nie tak, że jak ci Chińczycy, dajmy na to, psinę chcieli, to trzeba jakoś przerabiać maszynę?

– Nie, to klonowanie jest bardzo bystre. Wsadzi pani mięso, to sklonuje. I strukturę odtworzy. Najfajniej z żeberkami, bo wychodzą takie dłuuugie. Maszyna musi ciąć. Ale jej wszystko jedno, co klonuje. Dlatego w całej hali tylko dziesięć osób pracuje. Thor od drobiu, Dżesika od ssaków, Franczeska od roślin. Iwan od opakowań. No i ja oczywiście.

– A parówki? – zapytała Mleczko. – Jadłam kiedyś parówkę. Jak byłam mała. Można zrobić?

– Można niby, z mięsa można wszystko potem, ale trochę szkoda. Teraz nie ma odpadów, to i nie ma po co parówek robić. Mięso oddzielone mechanicznie to przeszłość. Ale może gdzieś w delikatesach? W naszym sklepie firmowym na pewno nie ma. Kaszanki też, a to podobno był specjał.

Podłęcki był okropnie głodny przez to słuchanie o schabie i żeberkach.

– Mają państwo sklep firmowy?

– Tak, oczywiście. Nawet wędliny są.

– To my już wszystko wiemy. Tylko jeszcze do tego sklepu zajrzymy. Na moment.

Pociągnął Mleczko za rękaw. Zrozumiała, że nie ma sensu się opierać. Z takim głodem trudno walczyć.

*

– Zjedź tutaj – polecił Podłęcki.

Toyota przyhamowała i zmieniła pas. Skręcili w starą asfaltówkę.

– Dokąd jedziemy? – spytała Mleczko.

– Zaraz pani zobaczy.

Przejął stery i opuścił szyby. Kiedy wyjechali w sosnowy las, zwolnił. Chwilę później stanął.

Przy drewnianym szlabanie, grodzącym piaszczystą, leśną drogę, siedział staruszek. Obok stały drewniane skrzynki wypełnione dorodnymi pomidorami i kilka koszyków z drobnymi, czerwonymi owocami. Komisarz sięgnął do kieszeni w drzwiach i wysiadł.

Wrócił z dwoma koszykami i torbą wypełnioną pomidorami.

– Wracamy – polecił Toyocie. Ruszyła powoli i zawróciła jakieś dwadzieścia metrów dalej.

– Chce pani? – podał Mleczko owoc. – Takich nie ma w sklepie. Można zjeść z listkiem.

Spróbowała. Nie znała tego smaku. Kwaskowatego, orzeźwiającego. I subtelnej słodyczy.

– Co to?

– Truskawka.

Coś jej ta nazwa mówiła.

– Smakuje pani?

Przytaknęła.

– To jeden koszyk dla pani. W marketach tego nie ma. Nie można kontrolować jej bakterii glebowych.

– Bakterii glebowych?

– Znajomy mówił. Rolnicy je kontrolują dla zwiększenia plonu, ale ponoć te „najgorsze” odpowiedzialne są za połowę smaku.

Sięgnął do torby i wyjął niedużego, krwistoczerwonego pomidora. Wgryzł się, nie bacząc na sok kapiący mu na koszulę.  Po samochodzie rozszedł się rozkoszny zapach.

– Niech pan się przyzna, że po to pan jechał do tych zakładów – powiedziała. – Żeby tu wejść po drodze.

Uśmiechnął się.

– Niech pani weźmie dwa albo trzy do domu. Sama pani zrozumie. To ostatni taki rolnik w okolicy. W końcu i jego też dopadną i wszystko zaorają. Normy, wie pani. I wydajność.

Wjechali na szosę do Warszawy.

*

– Tutaj leżało – Wiecha wskazał śmietnik na starym blokowisku. – Byłem u kolegi szwagra. O, tam.

Kolega szwagra potwierdził, jego żona też, Wiecha był tam, parę miesięcy temu. Potem nawet się pochwalił, że jest w finale konkursu. No i w końcu, że wygrał.

– Całe miasto jadło te żeberka. Pyszne! Jak nie ze świni! W ogóle nie śmierdzą tymi gieemo – kobieta rozmarzyła się na wspomnienie delicji. – Czasem je rzucają w Społem. Ale są drogie. Jak z prawdziwej świni! Ale wie pan, najlepsze mięso w Polsce.

– Tak, wiem – Podłęcki westchnął. Odkąd zaczął śledztwo, ciągle chodził głodny.

Potem pojechali do Wiechy. Obejrzeli dom i chlewnię. Żona hodowcy miała 32 lata i figurę lalki Barbie. Powiedzieli, że prowadzą śledztwo w sprawie zgłoszonego nadużycia.

– Czysta formalność – zapewnił ją Podłęcki. – Musimy.

– Mówią, że pani mąż znalazł zwycięskie żebro na śmietniku – powiedziała Mleczko.

– Głupoty. Żebro było z Czesławy.

– Czesławy?

– Nasza najlepsza maciora. Miała doskonałe mięso. Tak jak Danuta. Mogę ją państwu pokazać.

Mleczko podziękowała i zanotowała, żeby to sprawdzić.

– Czy pani mąż ma jakichś wrogów?

– Ależ skąd! To święty człowiek. Nawet moja mamusia go uwielbia. Kiedyś nie lubiła, ale kiedy wygrał ten konkurs, poznała się na nim.

Nie mieli czego tu szukać. Do Warszawy wracali cztery godziny. Korek. Odstawili Wiechę do Continentala i pojechali do komendy.

– Miałem wrażenie, że skądś znam tę Wiechową – powiedział Podłęcki, siadając za biurkiem. Krzesło zaskrzypiało pod jego ciężarem.

– Wie pan, że ja też?

– Może była na gali?

– Nie, na pewno nie.

Komisarz zamknął oczy i masował skronie opuszkami palców. Coś chodziło mu po głowie, ale nie wiedział zupełnie co. Był tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.

– Muszę się wyspać – oznajmił. – Do zobaczenia jutro.

*

Obudził się bez żadnego pomysłu. Dał znać, że będzie po dwunastej, i poszedł znowu spać. Do komendy zajechał po pierwszej. Mleczko czekała przy jego biurku. W ręku trzymała plik błyszczących broszur.

– Nie próżnowała pani. Co to za papiery?

– Foldery informacyjne klinik…

– Przydzielili panią do innego śledztwa? – przerwał jej. Cały czas czuł się jeszcze zaspany i wszystko go irytowało.

– Nie, nie. Już tłumaczę. Coś z tą żoną jest nie tak, nie uważa pan? Z warszawskim akcentem i aparycją modelki. Co ona tam robi, z tymi świniami?

– Może kocha męża? Zdarza się czasem.

– Wzięłam to pod uwagę.

– I?

– Jeszcze trzy lata temu studiowała prawo. Zostawiła na piątym roku.

– I wyjechała na Podlasie hodować świnie?

Mleczko kiwnęła głową.

– Nie żal jej było?

– Jej nie, ale jej rodzicom owszem.

– Jak ma z domu?

– Grabska.

– O kurwa. Z tych Grabskich?

Mleczko znów pokiwała głową.

– Właśnie tak.

– Musieli się wkurwić – stwierdził Podłęcki.

– Gorzej. Kontakty odnowili z córką dopiero pół roku temu.

– Dlaczego?

Mleczko otworzyła już usta, żeby odpowiedzieć, ale komisarz przerwał jej.

– Tak w ogóle to skąd pani to wszystko wie?

– Zadzwoniłam do niej.

– Przecież już z nią gadaliśmy.

– Przypomniałam sobie, skąd ją znam. Studiowałyśmy na jednym wydziale, tylko ona rok wyżej.

„Gówniara” - pomyślał Podłęcki.

– Nie powiedziałam jej tego. Zadzwoniłam pod jakimś pretekstem i wszystkiego się wywiedziałam.

– A co to ma wspólnego z tymi papierami?

– To foldery klinik chirurgii plastycznej.

– Chce pani powiedzieć, że naprawdę chodziło nie o śmietnik, tylko kliniki chirurgiczne?

– To nie takie łatwe, odpady są utylizowane. Ochrona danych genetycznych i w ogóle.

– A zatem?

– Pół roku temu Wiecha zafundował swojej teściowej operację.

– Żartuje pani.

– Ani trochę.

Wyjęła podręczny aparat i pokazała mu zdjęcie kobiety po pięćdziesiątce wychodzącej przez furtkę eleganckiej willi. Miała talię osy. I twarz Ewy Puławskiej.

– To Aniela Grabska. Teściowa naszego świniarza. Po usunięciu dwóch par żeber.

Podłęcki tylko się gapił.

– Już po śledztwie – powiedział w końcu. – To nie może się nigdy wydać. Nie mówiąc już o jakimś procesie.

*

Wiecha płakał.

– Mówiła, że każdy jest lepszy niż moje świnie. Każdy, nawet ona. Tak powiedziała.

Mleczko podała mu chusteczkę.

– Ciągle nasyłała sanepid. I weterynarza.

– Dlatego zafundował jej pan operację w Bjutimedzie?

– Właściciel ma cztery córki i na każde wesele dostarczyłem wędliny.

– I on w zamian dał panu żebro?

Wiecha pokiwał głową.

– A ja jemu świńskie. Żeby się zgadzało na wadze w spalarni. Musiałem zabić moją Czesię.

Znów się rozpłakał, szlochając.

– Maciora w Puławach mogła przygnieść dziecko.

– Ja nie wiedziałem, że z żebra można stworzyć całego człowieka.

– Pan jest niewierzący?

– A co to ma do rzeczy? – spojrzał na nią uważnie, przez zalane łzami oczy.

– Zupełnie nic, tak tylko zapytałam. Przepraszam.

– Co z tym dzieckiem? – spytał.

– Jest w rodzinie zastępczej w Puławach, chwilowo.

– A potem?

– Właśnie o tym chciałam porozmawiać. Państwo nie mają dzieci, prawda?

Pokręcił głową. I wszystko zrozumiał.

*

– Grabska nic nie wie? – zapytała Mleczko komisarza, kiedy zawieźli Wiechę na Dworzec Wschodni.

– I się nie dowie.

– Przecież zobaczy, że dziecko ma jej twarz.

– I tak by widziała. Babcie tak mają.

– Myśli pan, że to wystarczająca kara? Wychowywać własną teściową?

– To nie jego teściowa, tylko jej klon. To nie kara, tylko zadośćuczynienie. Poza tym to on jest w pewnym sensie jej ojcem, prawda? To on zlecił wyjęcie żebra.

Zamilkli oboje. Ekspres „Wilno” ruszył powoli. Patrzyli jeszcze chwilę, póki nie znikł za zakrętem.

– Jednego nie rozumiem. Ciąża świni trwa prawie cztery miesiące – powiedziała Mleczko. – Dlaczego nie urodził się wcześniak?

– Te ich macice tak działają, pytałem o to. Pędzą to dziecko mocno. Ono nawet tych czterech miesięcy tam nie było. Trzy maksymalnie. Podobno może tak zostać. Że mając trzy lata, będzie wyglądało na sześć. A mając siedem na piętnaście.

– Żartuje pan?

– Nie. Ale to potem się okaże, rodzinny lekarz będzie już wiedział. Ministerstwo zadba.

W holu głównym mieszały się zapachy fast foodów.

– Ma pani ochotę na kebab? Jest naprzeciwko.

– Myślałam, że zaproponuje pan żeberka.

– To byłoby niestosowne. Poza tym nie jadam wieprzowiny. Tylko baraninę.

– A ta baranina to z czego jest, panie komisarzu. Jak pan myśli? Z barana?

Spojrzał na nią z wyrzutem, a potem puścił ją przodem w drzwiach. „Ma naprawdę wąską talię” - pomyślał i zaraz skarcił się za to. Przyspieszył kroku. Chociaż śledztwo się skończyło, dalej był głodny.