– Pokaż mu to!

– Nie chcę sprzedawać! To moje!

– No pokaż mu wreszcie, debilko!

Nadąsana, z buzią wygiętą w podkówkę, otworzyła wreszcie zaciśniętą pięść.

– No? – syknął Arek. – Ile to jest warte?

Handlarz wziął ciepły bursztynek z jej spoconej dłoni.

– Gówno.

– Co?

Podetknął im kamyk pod oczy.

– Czarne w środku, widzisz? Syfy. Skamieliny. Pani w szkole po wakacjach pokaż, ja na antybiotyki skupuję, tylko czystsze.

– Ale...

Oddał jej bursztyn i zamknął okienko, a Arek powiedział bardzo brzydkie słowo.

– Głupi dziad... Chodź, tu niedaleko jest jubiler, może on to kupi.

– Nieee chcęęę!

– Chodź, bo ojcu powiem, że... Iga!

Ale ona już biegła po wyprażonym słońcem rynku, wzdłuż kawiarnianych stolików, w cieniu pełnej ludzi z lodami uliczki, przez dźwięki „Despacito” i bzyczenie dronów, między drzewami, po piasku, w stronę niebieskoszarej bezkresności morza, ściskając w dłoni swój skarb, aż wbiegła w szumiącą wodę po kostki i cisnęła malutki bursztyn między fale.

***

Procedurę terminacyjną zaczął jeszcze w drodze, rozciągnięty wygodnie w samojezdnej tesli, ale na tym zadupiu komputer zaraz się pogubił, więc musiał przerwać cofanie dostępów, żeby jak jakiś biedak kręcić kierownicą. Im dalej na wschód, tym zboże na polach było niższe, a kombajny brudniejsze; odetchnął z ulgą, gdy GPS obwieścił koniec trasy, a wśród iglaków zamajaczyły wreszcie białe mury Oddziału Terenowego 19.

– Panie inspektorze, ona tu dla nas jak matka, ja zeznam przed sądem...

– Wałaszyński Adam, trzydzieści lat męczyłem się z gronkowcem, dopiero pani doktor...

– Pan nie może!

Zlany potem, ledwie wysiadł z auta, przeciskał się z trudem przez tłum, odpędzając natrętów laptopem. Dali mu w końcu spokój na schodach kliniki; drzwi sczytały ID z firmowego smartwatcha i znowu był w królestwie klimy, poprawiając złoty krawat z logo Amber Labs.

– Arek?

– Siema, Iga. Kopę lat.

Wpatrywała się w niego wielkimi oczami.

– Nie wiedziałam, że dla nich – Arek, posłuchaj mnie, te oskarżenia...

– Schudłaś. Znowu rzygasz?

Umilkła w pół słowa czerwona jak burak.

– Weź daj jakieś piwo czy coś.

Siadł z laptopem za miodowym kontuarem w holu, podpiął się zdalnie do hubu i wznowił cofanie dostępów. Po chwili wahania podeszła do niego.

– Co ty robisz?

– Zamykam placówkę do czasu wyjaśnienia sprawy.

– Nie możesz...

– Zobacz, mogę.

Ekrany na ścianach pogasły.

Patrzyła na niego, przygryzając usta.

– Mścisz się za pogrzeb? – zapytała w końcu.

Nawet nie podniósł wzroku znad ekranu.

– Iga, co ty tu próbujesz ugrać? Kraść też trzeba umieć. Chciałaś coś podprowadzić z kliniki, to trzeba było danymi pacjentów handlować, a nie brać się za Amberox.

Pobladła.

– Nie sprzedawałam leków, ja...

– Już daj spokój, co? Nie przede mną będziesz się tłumaczyć. Ja przyjechałem tylko zwinąć biznes, pozew dostarczą ci pocztą.

– Dasz mi dojść do słowa? Nie handlowałam lekami. Leczyłam za darmo ludzi z okolicy.

Spojrzał na nią wreszcie.

– Wiesz co, ja już nawet nie wnikam, czy mnie wkręcasz, czy naprawdę jesteś taka głupia. Dobra rada, Iga: zeznaj, że sprzedałaś. Może pójdą na ugodę. W dobre serduszko nikt ci nie uwierzy.

Zmarszczyła brwi.

– Nie potrzebuję twoich rad.

– Beze mnie już byś sto razy zginęła.

Zatwierdził terminację, zatrzasnął laptopa i wstał.

– Biorę piwo z automatu i zaczynam obchód. Idziesz?

***

Szła za nim przez kolejne puste sale, przyglądając się w milczeniu, jak przykłada smartwatch do czujników, a w odpowiedzi nieruchomieją samobieżne wózki z lekarstwami i cichnie szum filtrów powietrza.

– Jak twój Kacper?

Zerknął na nią, wygaszając oddział dla chorych na superrzeżączkę.

– Skąd wiesz o moim synu?

– Masz go w profilowym na Revelio.

– Wywaliłem cię z Revelio.

– Profilowe zawsze widać.

Dopił pilznera i odstawił butelkę na okno.

– Kacper zdrowy. Ale jesteśmy z Olą rozwiedzeni.

– Co się stało?

Zacisnął pięść w kieszeni.

– Po prostu nie wyszło.

Wskazał głową iglaki za szybą.

– A te co takie pocięte?

– Zbieram żywicę do badań. Cieszę się, że Kacper ma się...

– Wiesz co, Iga? – Odwrócił się nagle od okna. – Jaki ten nasz ojciec był, taki był, ale jednego mnie nauczył: szacunku do pracy. Jak coś robisz, rób to, kurwa, dobrze. A ty... Już pomijając wszystko inne – serio? Firma pcha w te hermetyczne kliniki miliony, kontroluje dystrybucję leków, żeby bakterie się i na to nie uodporniły, a ty wypuszczasz bursztynowy antybiotyk w świat? Ty podobno przysięgę składałaś, no nie? Po pierwsze, kurwa mać, nie szkodzić...

Potrząsnęła głową.

– Arek, słu...

– Czy ty rozumiesz, że mój Kacper prawie umarł? Trzy miesiące w szpitalu z supersalmonellą, nie wiem, czy choć jedną całą noc przespałem! Już się tylko modliłem o cud, lekarze ręce rozkładali, żadne leki nie działały, powiedzieli, że już tylko bursztynowe – wiesz, ile się płaci za miejsce w klinice? Gdyby kumpel mi nie podpowiedział, żebym się zatrudnił, że dla pracowników Ambera są zniżki, tobym chyba... I to wszystko, kurwa, ludzi wina, bo żrą te antybiotyki jak cukierki, na byle, kurwa, kaszelek, katarek, aż na nic już nie pomagają! A ty teraz nowe leki wieśniakom rozdajesz? Jak Boga kocham, Iga, jeśli przez twoją głupotę Amberox też przestanie działać, to cię gołymi rękami...

– Zwariowałeś?! Co ty sobie wyobrażasz, że ja po domach ludziom tabletki roznoszę? – Zrobiła krok w jego stronę, zaciskając pięści. – W klinice ich przyjmowałam, idioto!

Roztrzaskał butelkę po piwie o ścianę.

– To gdzie byłaś, jak mój syn umierał?!

Cofnęła się gwałtownie, wytrzeszczając oczy.

– Arek, ja nie wiedziałam, przecież gdybym... Zerwałeś ze mną kontakt po pogrzebie ojca, o chorobie Kacpra dowiedziałam się po fakcie, z archiwum pacjentów. Gdybyś się odezwał – wiedziałeś w ogóle, że leczę w klinice?

Wpatrywał się w nią długo, dysząc, a potem odwrócił się i ruszył nagle dalej. Pobiegła za nim po chwili wahania.

– Właśnie dlatego leczyłam tych ludzi, rozumiesz? – zagaiła, gdy pchnął białe drzwi laboratorium i zaczął wyłączać maszyny. – Twoim zdaniem to jest sprawiedliwe, że twój syn umiera w publicznym szpitalu, a dzieci celebrytów zdrowieją w klinikach? Przecież tu nie chodzi o walkę z superchorobami, może na samym początku chodziło, a teraz... Ile procent obecnej ceny Amberoksu to koszty badań i produkcji, dwadzieścia? A reszta? Bakterie i tak uodpornią się w końcu na leki bursztynopochodne, to jest tylko kwestia czasu – trzeba finansować badania, szukać nowych metod, a nie odmawiać leczenia biedniejszym w nadziei, że problem jeszcze trochę się odwlecze. Ty znalazłeś sposób, by pomóc Kacprowi, ale większość ludzi...

Zatrzasnął z hukiem szafkę z bursztynami i zajrzał do lodówki z próbkami żywicy.

– Nie ma w życiu nic za darmo, Iga. O! A co ja tutaj widzę?

Uniósł do światła flaszkę złocistego płynu.

– Nalewka sosnowa. Prezent od pacjenta. Arek...

– Nalewka! Jak w domu. Chodź, skosztujemy. Za spotkanie.

– Nie piję.

– Ze mną się napijesz.

***

Siedzieli w cieniu szumiących iglaków na wewnętrznym dziedzińcu kliniki, patrząc na siebie w ciszy ponad stołem.

– A ty? – spytał w końcu. – Masz kogoś?

– Wiesz, że to nie dla mnie.

– Zawsze uważałem, że gdybyś trafiła na odpowiedniego...

– Gówno prawda, Arek.

Posmakował nalewki, oblizując usta.

– W końcu nauczyłaś się pyskować, brawo. No dawaj, chociaż łyka musisz za to chlapnąć.

Potrząsnęła głową. Wzruszył ramionami.

– Więcej dla mnie.

Przyglądała mu się, marszcząc brwi.

– Słuchaj, wiem, że wciąż masz do mnie żal o tamten pogrzeb – mruknęła w końcu. – Ale proszę, zostaw mi dostępy jeszcze chociaż do końca weekendu. Tobie to przecież nie zrobi różnicy, a ja właśnie kończyłam badania. Szukam sposobu na pozyskiwanie beta-kompleksu Kaczmarczyka z innych źródeł, bo ekstrakcja z bursztynu jest droga, zresztą sam bursztyn tak samo, na Pomorzu działają przecież całe mafie... Jestem już praktycznie pewna, że coś mam, potrzebuję tylko...

– Jak matka umrze, to też nie przyjedziesz?

Zniosła jego spojrzenie, choć z trudem.

– Nie musisz rozumieć mojej decyzji – powiedziała cicho. – Ale proszę cię po raz kolejny, żebyś mimo to ją uszanował.

Pociągnął łyk i stuknął nalewką o stół.

– Nigdy, Iga.

– Nie byłam w stanie, Arek. Po prostu nie mogłam. Po tym wszystkim, co zrobił mamie, i po piekle, które zafundował nam...

– Rodziny, kurwa, nie wybierasz!

Wstała.

– Ja wybrałam.

– Siadaj! Siadaj tu natychmiast i wytłumacz, jakim prawem...

Przewróciła flaszkę, rozlewając złoty alkohol na stół i bez słowa znikła w budynku.

***

Zanim skończył, słońce zdążyło się schować za lasem, prześwitując czerwono zza pni i igliwia. Wychodząc z laptopem pod pachą, znalazł siostrę na schodach kliniki; większość tłumu dawno się rozeszła, zostało tylko kilku starszych mężczyzn, którym tłumaczyła coś półgłosem, ale nim domknął procedury na smartwatchu, odeszli i oni.

– No i finisz – rzucił, mijając ją w drodze do auta. – Dzięki piękne za gościnę.

Przyglądała się w milczeniu, jak w klinice gasną światła.

– Zaczekaj – odezwała się w końcu, podchodząc, gdy wsiadł, wstukując w GPS-a trasę na Warszawę. – Te badania, o których mówiłam. Chciałam to jeszcze raz potwierdzić, ale... Widzisz te iglaki?

Zerknął.

– No? Co z nimi?

– Sośnica japońska. Żywa skamieniałość. Z żywicy jej przodków uformował się bursztyn bałtycki, więc pomyślałam, że z niej też może dać się uzyskiwać lek. I miałam rację.

Uniósł z wolna brwi.

– Chcesz mi powiedzieć...

– Można wytwarzać Amberox dziesięć razy taniej.

Zamyślił się na dłużej.

– Rozumiem. Dobra. To może zadziałać. – Zabębnił palcami w kierownicę. – Zagadam z Dominikiem, on ma chody w zarządzie. Jeśli faktycznie wymyśliłaś, jak obniżyć koszty... Szlag. Może pójdą na ugodę?

Uśmiechnęła się szeroko.

– Źle mnie zrozumiałeś. Wrzuciłam te wyniki badań na Revelio.

Wysiadł tak gwałtownie, że aż się cofnęła.

– Co? Czyś ty zwariowała? Kiedy?!

– Przed godziną. Gospodarzom z okolicy też opowiedziałam. Sadzonki sośnicy pójdą zaraz w górę, niech zaczną wysiewać młodniak, póki czas.

Szok w jego oczach przemienił się z wolna we wściekłość.

– Jesteś nienormalna.

– Być może.

– Kurwa. Jesteś skończoną idiotką. Oni cię zniszczą. Pójdziesz siedzieć. Ja pierdolę. Ty... Masz pojęcie, ile pieniędzy mogliśmy zarobić?!

Wzruszyła ramionami.

– Upij się na smutno.