Piotr Szostak, Katarzyna Korzeniowska: Zacznijmy optymistycznie. Miliardy ton plastiku będą rozkładać się czterysta lat na wysypiskach i w oceanach. 

Maciej Konopka*: Wszyscy tylko powtarzają, że plastik rozkłada się 400 lat, ale to jest domniemanie. Nikt jeszcze przez 400 lat plastiku nie używał. Do tego jest tak rozdrobniony, że przenika właściwie wszędzie. Jest w lodzie arktycznym, w całym obiegu wód. Powoli sami stajemy się z plastiku.

Jak do tego doprowadziliśmy i co można zrobić?

Plastik jest bardzo tanim i piekielnie łatwym w produkcji materiałem. Zapewnia też higienę jedzenia. Długo nie byliśmy świadomi jego minusów, teraz zaczyna się to zmieniać. Jako projektant widzę rozwiązania przede wszystkim w nowoczesnych materiałach, które są całkowicie rozpuszczalne i biodegradowalne.

Jakie to są materiały?

Np. biotrem, czyli materiał z otrębów, wymyślony przez polskiego młynarza Jerzego Wysockiego jakieś 10 lat temu w Zambrowie. Pamiętam, jak sprzedawał talerze z biotremu na targach pod Królikarnią. Nikogo to wtedy nie obchodziło. Ale później jego firmę kupili Kanadyjczycy i teraz to jest największy polski wkład w opakowania ekologiczne.

Maciej KonopkaMaciej Konopka fot. archiwum prywatne

Albo konopie, ale nie te do palenia. One kiedyś były bardzo popularne, podobnie jak len, i zostały zupełnie zapomniane i wyparte przez hodowlę innych roślin. A teraz stopniowo wracają. Można z nich robić świetny i bardzo wytrzymały materiał. Hydraulicy wykorzystują go do łączenia ze sobą rur. Moja studentka zaprojektowała torbę z konopii. Jest taka sama, jak torby foliowe i całkowicie neutralna dla środowiska. Błyskawicznie się rozkłada.

No i słoma. Nie rozumiem, dlaczego mamy robić np. słomki z wodorostów, skoro możemy ze słomy. Ja jeszcze pamiętam, że takie słomki podawano normalnie w koktajlach w Hotelu Europejskim w drink-barze.

Byliście hipsterami.

Nie! (śmiech) Chodzi o to, że alternatywne rozwiązania powinny mieć źródła lokalne. Dlaczego mamy sprowadzać słomki z kanadyjskiej hodowli wodorostów, skoro możemy mieć produkowane u nas z papieru albo ze słomy. Żeby je produkować, wystarczy obsiać hektar pola i kupić odpowiednią maszynę. 

Wróćmy do materiałów. Jakie jeszcze mamy alternatywy?

W tej dziedzinie jest teraz nieprawdopodobny boom. Wszyscy szukają zastępczych technologii. Niedawno np. Ruta Rutkowska ze School of Form w Poznaniu wymyśliła opakowanie zrobione z grzyba kombuchy, które rozwija się i rośnie jak na drożdżach. Świetny projekt. Inny pomysł to opakowanie na dietę pudełkową z żelatyny. Ono wygląda jak plastik, ale to tzw. biopolimer - taka wysuszona żelatynowa galaretka. Oczywiście, możecie powiedzieć: a tam dieta pudełkowa, problemy pierwszego świata. Ale jak policzycie, ile Nowy Jork zjada dziennie takiej diety, albo sama Warszawa - to są hektary, tony plastiku.

Nie wystarczy sama redukcja opakowań? Pakujemy osobno w folię nawet banany i mandarynki.

Częścią rozwiązania problemu jest filozofia “zero waste” (ang. zero odpadów), ale mleka czy cementu nie da się sprzedać bez opakowania. Są granice, których się nie da przekroczyć. Chodzi nie tyle o zredukowanie opakowania do zera, co o sprawienie, żeby było niekłopotliwe dla środowiska.

Często daję studentom w mojej pracowni takie zadanie: idźcie do sklepu i spróbujcie zredukować jakieś opakowanie. Sprawcie, żeby było ekologiczne, ale z zachowaniem wszystkich komunikatów marketingowych. Nie można jednego wyrzucić, zostawiając drugie. To jest najtrudniejsze w tym wszystkim. Nie można nagle powiedzieć, że wszystko będzie beżowe, drewniane, słomiane i bez marketingu. Dlatego największym problemem i sztuką jest zachować walory komunikacyjne opakowania, a jednocześnie zrobić, żeby było biodegradowalne. To wyzwanie na miarę Robin Hooda.

 

Bierzecie pod uwagę ograniczenia logistyczne? P&G kiedyś próbował minimalistycznie pakować Blend-a-Med, ale nadal mamy każdą tubkę w osobnym pudełku.

Zmiany na poważną skalę łatwiej dokonać wtedy, gdy respektuje się reguły masowego rynku. A zatem np. ciaśniejsze i mniejsze opakowanie sprawia, że po świecie nie jeździ powietrze lub woda, a więc zmniejsza się ślad węglowy, oszczędza energię, materiał, farby, lakiery itd. Nie może to jednak osłabić, a wręcz powinno wzmocnić pozytywny wizerunek firmy X i przynieść zyski. Liczy się wciąż rachunek ekonomiczny, nawet wziąwszy pod uwagę podwyższone opłaty recyklingowe przerzucone na producenta.

Wszelkie eksperymenty redukujące ropopochodne materiały są często wciąż tylko „drogowskazami”, a prawdziwe schody to przełożenie tych pomysłów na biznes. Przy czym są bardzo ciekawe i radykalne pomysły redukowania opakowań - np. “20 proc.” Mirjam de Bruijn, holenderskiej projektantki ze szkoły designu w Eindhoven, która zamieniała domowe środki do czyszczenia w kapsułki. Nazwa projektu “20 proc.” wzięła się z tego, że po odjęciu wody z każdego środka chemicznego zostanie najwyżej 20 proc. jego objętości. Po co wozić tankowcami czy kontenerowcami po świecie pakowane produkty, skoro można sprzedawać wyłącznie pigułki czy kapsułki i napełniać je wodą w domu. To był projekt typowo akademicki, stworzenie działającego projektu biznesowego zajęło dwa lata. A musiała znaleźć producenta wymiennych butelek z bioplastiku, stworzyć recepturę, znaleźć producenta pastylek, stworzyć całe laboratorium, wszystko opakować, wyliczyć, nazwać i sprzedać marketingowo. To trudny proces. Dopiero potem można to sprzedać jako działający koncept danej firmie i wprowadzić zmianę na masową skalę.

Kilka lat później stał się rynkowym bytem - dwa amerykańskie start-upy wprowadzają go właśnie w życie. I teraz wyobraźcie sobie następny krok: coca-cola w pastylce. Przecież nie ma żadnego powodu, żeby sprzedawać colę w postaci płynu, skoro nawet barom jest sprzedawana dziś w postaci syropu.

Konsument chyba nie chce wiedzieć, że jest z czarnej mazi?

Oczywiście, wszyscy śnimy. Tak samo nie chcemy wiedzieć, jak jest robione mięso. 

Cola jest odpowiedzialna za ogromne ilości plastiku w przyrodzie.

To, co chcę powiedzieć, to że technicznie rzecz ujmując, można wyrzucić wszystkie opakowania i sprzedawać pastylki coli. To są rozwiązania systemowe, które można rozszerzać i ekstrapolować na inne rzeczy. 

Mieliśmy też taki fajny projekt: woda w całkowicie biodegradowalnym kartonie, łącznie z korkiem, wykonanym z trzciny cukrowej. Woda w przezroczystej butelce jest jakimś atawizmem, możemy pić wino czy sok z kartonu, ale wodę - nie. Chcieliśmy pokonać to tabu, bo producenci wody produkują tak naprawdę tylko plastikowe butelki, które w sekundę stają się śmieciami.

Przebadaliśmy 10 wersji takiej wody mineralnej w kartonie na warszawskich hipsterach, żeby sprawdzić, która narracja będzie najbardziej przekonująca przy tych samych warunkach brzegowych opakowania - żeby było w 100 proc. ekologiczne.

Trzymacie ich gdzieś w piwnicy?

Wystarczy, głośno krzyknąć na warszawskim Placu Zbawiciela i ładować do furgonetki. A na serio, to zrobiliśmy to we współpracy z Kantarem i okazało się, że można zawrzeć rodzaj umowy z konsumentem i on zaufa nam, że to jest czysta woda. Badanych udało się do tego przekonać.

W ramach artystycznego projektu. Trudniej przekonać masowego przeciętnego odbiorcę, który kupuje wodę na dworcu, w pośpiechu.

Istnieje już taki produkt komercyjny, np. we Francji czy w Kanadzie.

Można przecież chodzić z własną butelką.

Jasne, ale nie wszyscy mogą lub chcą ciągle chodzić z butelką. Potrzebujemy też takich rozwiązań.

Taka woda jest droższa od zwykłej?

Jest. Ale zmiana najpierw zawsze dotyka produktów premium. Jak przekonać modne warszawianki, żeby kupowały droższe perfumy zapakowane nie w szkło, tylko np. w wiklinę. To się stopniowo dzieje i ludzie mówią: tak, jesteśmy w stanie zapłacić więcej, byleby to nie leżało na śmietniku. Od tego zaczyna się zmiana.

Wydaje mi się, że przyszłość leży właśnie w takich alternatywach. Wyobrażam sobie, że za dziesięć lat syn zapyta mnie: “Tato, naprawdę piliście wodę z plastiku i jedliście mięso zabijanych zwierząt? To jest nie do pojęcia”.

Na ile to jest realna, jakościowa zmiana, a na ile tylko PR globalnych korporacji?

To naprawdę zmiana paradygmatu. Czasem oczywiście to są tylko ruchy PR-owe, np. projekt butelki na piwo jednego wielkiego producenta, takiej kwadratowej czy sześciennej, z której niby można coś zbudować. Był wokół tego wielki szum i na tym się skończyło, bo nic z tego nie wyszło. W żadnym sklepie się to nie pojawiło. Ale już np. “plantbottle”, która w 65 proc. wykonana z biologicznych materiałów jest już realną zmianą. W nią zostało włożone mnóstwo pieniędzy. Nie można tego łatwo uogólniać.

A może powinniśmy się skupić na recyklingu i segregacji?

Problem w tym, że gospodarka zamkniętego obiegu często prowadzi do absurdu - przerzuca całą odpowiedzialność za zaśmiecanie na ostatecznego odbiorcę, a tak naprawdę większy ciężar odpowiedzialności spoczywa na producentach. Dlatego Unia Europejska bardzo słusznie zaczyna dociskać producentów, żeby szukali innowacyjnych rozwiązań. Jeżeli pójdą one w kierunku całkowicie biodegradowalnych materiałów, to problem będzie w dużym stopniu rozwiązany. Katarzyna Safarzyńska, ekonomistka UW, twierdzi np. że gospodarka zamkniętego obiegu jest takim listkiem figowym, który ma nam pozwolić dalej konsumować tak jak zwykle i mieć czyste sumienie. Bo przecież segregujemy śmieci. A przecież segregacja nie rozwiązuje bardzo wielu problemów - rozwiązania są w materiałach. 

A w redukcji konsumpcji?

I w redukcji konsumpcji. Ale wszystko jest ze sobą powiązane - jak zredukujemy konsumpcję, to będziemy mieli kryzys gospodarczy.

Jakie jeszcze lokalne materiały mogą nas uratować?

Np. ziemniak. Zaczynam się teraz zastanawiać, czy da się zrobić pudełko z ziemniaka. To jest dobre pytanie na zajęcia ze studentami. Akurat zaczyna się rok akademicki.

*Maciej Konopka - grafik projektant, który nie przestał kochać designu, bo może on służyć czemuś więcej niż upiększaniu otoczenia. Adiunkt na Wydziale Wzornictwa ASP w Warszawie, gdzie prowadzi Pracownię Projektowania Opakowań i Marek. Założył własną agencję Brandy Design, w której skupia się na komunikacji przez design. Razem ze studentami zajmował się w niej zagadnieniami takimi jak opakowania na żywność z insektów, opakowania na żywność w podróży na Marsa.