Hasło „degrowth” przenika do mainstreamu. Nowa Zelandia zrezygnowała z PKB jako wyznacznika rozwoju polityki społecznej.

Jesienią zeszłego roku grupa kilkuset naukowców skierowała do państw Unii apel.

Ich główne postulaty to:

- stworzenie specjalnej komisji ds. degrowth w PE,

- uwzględnianie alternatywnych wskaźników w analizach makroekonomicznych UE i krajów członkowskich,

- ustanowienie ministerstwa ds. przemian gospodarczych w każdym kraju.

Ponadto ekonomiści proponują ograniczenie produkcji, rezygnację z opodatkowywania napraw sprzętu, tak by mógł dłużej służyć, opodatkowanie lotów, podatek węglowy, wprowadzenie dochodu podstawowego czy ograniczenie czasu pracy. Jednym z propagatorów degrowth jest prof. Jakub Kronenberg.

Z PROF. JAKUBEM KRONENBERGIEM* ROZMAWIA MICHAŁ WILGOCKI

MICHAŁ WILGOCKI: Ile mamy jeszcze czasu?

PROF. JAKUB KRONENBERG: Nikt nie jest w stanie powiedzieć, granice są ciągle przesuwane. To, że zbliżamy się do katastrofy, nie podlega dyskusji. Ale – co optymistyczne – rośnie liczba osób zaniepokojonych tym, co się dzieje. Jest więc jakaś nadzieja, że podejmiemy działania. Ale cały czas nie wiemy, czy mamy 50, 100 czy 200 lat.

A czynników ryzyka jest mnóstwo. Pewien zespół naukowców ze Sztokholmu stworzył koncepcję granic planetarnych. Wymienia dziewięć wskaźników, m.in. zakwaszenie środowiska wodnego, zmiany w bioróżnorodności. W tych przypadkach granice zostały dawno przekroczone. Ale są i takie, gdzie granic w ogóle jeszcze nie rozpoznano.

prof. Jakub Kronenbergprof. Jakub Kronenberg fot. archiwum prywatne

Uratuje nas Miley Cyrus, która ogłosiła „birth strike”? „Nie chcę się rozmnażać, bo Ziemia może sobie z tym nie poradzić”.

– To radykalna decyzja. Ale rozumiem zaniepokojenie, obawy rodziców, którzy nie chcą, żeby ich dzieci żyły w świecie rosnącej niepewności. Nie chcą od strony ludzkiej, rodzicielskiej, pakować ich w kłopoty. Z perspektywy globalnej znacznie większe znaczenie mają jednak działania na rzecz praw kobiet i dostępności antykoncepcji w krajach rozwijających się, w których przyrost naturalny jest wciąż bardzo wysoki.

Pavel Šplichal, redaktor czeskiego portalu A2larm, pisał w tekście opublikowanym w „Krytyce Politycznej”, że dla odpowiedzialnych za niszczenie planety korporacji nie ma nic prostszego niż zrzucenie winy na osoby o niewielkiej świadomości ekologicznej.

Indywidualne decyzje mają duże znaczenie. Bez nich nie zadzieje się żadna większa zmiana. Ale nawet radykalne decyzje, o których mówimy, wciąż pozostają indywidualnymi decyzjami grupy osób. Mogą się nie przebić do mainstreamu. Potrzebne są zmiany systemowe.

Czasem kropla drąży skałę. Na niedawnym kongresie branży mięsnej polscy producenci narzekali, że przez modę na wegetarianizm spada popyt na wołowinę.

To oczywiście możliwe, ale jestem sceptyczny: pytanie, czy to, co mówią, to coś więcej niż hasło. Czy to nie jest pozorna korelacja, a przyczyną spadku sprzedaży wołowiny jest np. wzrost spożycia drobiu.

To porozmawiajmy o zmianach systemowych. Co jest nie tak z mierzeniem wzrostu gospodarczego przez PKB?

Od samego początku twórcy tego wskaźnika wiedzieli o jego niedociągnięciach. On nigdy nie był przeznaczony do mierzenia dobrobytu. Miał mierzyć skalę aktywności gospodarczej i to robi.

Dopiero z biegiem czasu zaczął być utożsamiany z dobrobytem. Z kolei sam dobrobyt zaczęto utożsamiać z materialnym spożyciem rzeczy. Stąd to powszechne przekonanie, że im wyższy wzrost PKB, tym lepiej się żyje. Bo PKB mierzy materialne spożycie wszystkiego w gospodarce. Również konsumpcję stali czy energii.

Prognozy NBP dotyczące wzrostu gospodarczegoPrognozy NBP dotyczące wzrostu gospodarczego źródło: NBP

Tymczasem wiemy, że na dobrobyt – a precyzyjniej: na jakość życia – składa się nie tylko konsumpcja. W takiej sytuacji wskaźnik PKB staje się niezbyt wartościowy, bo o jakości życia nic nie mówi.

Dlaczego?

Nie mierzy wielu rzeczy: pracy wykonywanej społecznie, nieodpłatnie czy pracy domowej. Przecież znakomita część aktywistów działających na rzecz środowiska nie pobiera za to pieniędzy. Tak samo jest w hospicjach. A to wysiłki, które przekładają się na wzrost jakości życia: zarówno tych, którym się pomaga, jak i tych, którzy pomagają.

Najważniejsze jest jednak to, że wzrost PKB nie mierzy kluczowego zagadnienia: degradacji środowiska. Wprost przeciwnie. Jeżeli stan środowiska ulega pogorszeniu, jakość życia się psuje, ale PKB rośnie. Wyobraźmy sobie katastrofę tankowca. Trzeba wydobyć nową ropę, zapłacić za nią. Usunąć efekt katastrofy. Posprzątać morze i brzeg. Stworzyć nowe technologie, nowy tankowiec.

Weźmy wydatki na ochronę zdrowia. To tzw. wydatki defensywne, które mają na celu odtworzenie stanu poprzedniego. Wiadomo, że lepiej zapobiegać, niż leczyć. Większa liczba chorych to konieczność wyższych wydatków na leczenie. Im więcej wydajemy, tym bardziej rośnie PKB. A przecież słabszy stan zdrowia to gorsza, a nie lepsza jakość życia.

Podobnie z obronnością. Jakakolwiek wojna generuje straty w jakości życia. Moralne, fizyczne. Ale PKB rośnie.

To jak inaczej mierzyć wzrost?

Nie mierzyć. Zerwać z nim. Zamiast tego powinniśmy rozmawiać o idei postwzrostu, czy lepiej – degrowth.

Mówiąc „postwzrost” mamy na myśli organizację świata, w którym nie następuje już wzrost gospodarczy, jednak być może nie jest oczywiste, że trzeba przerwać ten wzrost już teraz.

Oczywiście, zwolennicy koncepcji degrowth uważają, że w niektórych krajach wzrost w pewnym selektywnym ujęciu powinien następować, bo materialny poziom życia jest wciąż niedostateczny. W krajach słabiej rozwiniętych pewien wzrost musi nastąpić, żeby pewne aspekty jakości życia mogły osiągnąć poziom, który nie koliduje z godnością.

A jak mierzyć jakość życia?

Są różne wskaźniki. Subiektywna ocena mierzona już dziś w różnych rankingach. Ona wynika z odpowiedzi na proste pytanie: czy żyje ci się dobrze, czy nie?

Są też mniej deklaratywne czynniki: zdrowie, edukacja, satysfakcja, poczucie sprawczości, bezpieczeństwa, poczucie zadowolenia z funkcjonowania w społeczeństwie.

Albo od drugiej strony: brak poczucia wykluczenia. Bo najczęściej patrzymy z perspektywy tych, którym dobrze się wiedzie. A nie myślimy o tym, czy ludzie mają zapewnione elementarne składniki jakości życia. Czy nie są zagrożeni wykluczeniem materialnym, społecznym, bardziej szczegółowo – np. energetycznym. Oczywiście wszystkie te wskaźniki musimy rozpatrywać w połączeniu ze wskaźnikami degradacji środowiska.

Trzeba ograniczyć produkcję i konsumpcję?

Pewnych dóbr – z pewnością. Niektórych mamy za dużo. Na przykład samochodów osobowych albo ciężarowych. Żeby było jasne: zamiast mówić wprost o ograniczaniu produkcji czy konsumpcji, lepiej mówić o zmianie organizacji społeczeństwa tak, by służyło to jakości życia.

Transport to świetny przykład. Jego koszty zewnętrzne są bardzo wysokie. Koszt związany z poruszaniem się pojedynczego kierowcy w samochodzie jest przerzucany na innych. Zarówno kierowców, którzy stoją w korkach, jak i wszystkich innych, którzy wdychają spaliny i ponoszą koszty związane z ochroną zdrowia.

Skoro samochody ciężarowe generują korki i degradują środowisko, dlaczego np. nie wozić tirów na platformach kolejowych? Takie rozwiązania funkcjonują w społeczeństwach zachodnich. To nie są pomysły z kosmosu, one zostały przetestowane.

Takie rozwiązanie też wymaga jakiejś produkcji. Ale zupełnie innego rodzaju. Przy czym wciąż można utrzymać miejsca pracy, ale inne niż dotychczas. To jest sedno postwzrostu. Inaczej myśleć o zaspokajaniu naszych potrzeb.

Doktor Michał Dębek, z którym rozmawialiśmy kilka lat temu o zakazie handlu w niedzielę, przywołał pojęcie „totalitaryzmu konsumpcyjnego”. Chodziło o sztuczne generowanie potrzeb, np. przez wypuszczanie co roku nowego modelu telefonu tej samej firmy. Ograniczenia wywołają opór, bo ludzie mieliby nie mieć nowych telefonów?

– Z elektroniką sprawa jest problematyczna. Każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek przyzna, że może się ona przyczyniać do niższej jakości życia. Nie można jednak przeprowadzić zmian w taki sposób, że od jutra zabronimy sprzedaży. Raczej tworzyć alternatywy. Komórki może nie są szczególnie szczęśliwym przykładem. Ale jest wiele produktów, których nie musimy posiadać na własność.

Na przykład?

Wiertarka. Czy w każdym gospodarstwie musi być? Statystycznie jest używana przez 15 minut w swoim cyklu życia. Niektórzy kupują i nie używają jej w ogóle. Odkładają na strych i wyrzucają po latach. To przykład produktu, który moglibyśmy mieć jeden na rodzinę, grupę sąsiadów albo po prostu wynajmować, kiedy jest potrzebna.

Mamy mnóstwo przykładów marnotrawstwa zasobów. Sklepowe półki uginają się pod tonami niepotrzebnych produktów, które są wyrzucane, na długo zanim technicznie się zużyją. Na szczęście o niektórych już się powszechnie mówi: jednorazowe torebki i butelki, marnowana żywność, tony niepotrzebnych zabawek od samego początku zaśmiecających życie małym ludziom...

Pozytywnym przykładem są płyty CD czy kasety. Kiedyś nie było innej formy słuchania muzyki i trzeba było produkować mnóstwo nośników. Dziś muzyka odtwarzana jest w postaci pliku ściąganego z internetu albo w platformie streamingowej. Oszczędzamy mnóstwo surowców.

Tylko czy tak da się uratować środowisko?

Tak, przede wszystkim zmniejszając konsumpcję i produkcję. Dodatkowo zauważmy, że pozyskanie zasobów w krajach rozwijających się często odbywa się w niejasnych okolicznościach, również w strefach konfliktu, przy wykorzystaniu pracy niewolniczej.

Niektóre firmy próbują z tym walczyć. Holenderski Fairphone produkuje telefony komórkowe i sam wykreował segment tzw. odpowiedzialnej elektroniki, tworzonej z poszanowaniem środowiska i praw człowieka. Ten model – jeśli już elektronika musi być produkowana – jest modelem pożądanym.

Postwzrost sadza na ławie oskarżonych wielki biznes.

Z pewnością. Chodzi jednak też o to, żeby pokazać szerszy kontekst konsumpcji. Uzasadnić, dlaczego konieczne są pewne

rozwiązania, przez które ktoś może się poczuć ograniczony.

We wrześniu ubiegłego roku w Brukseli odbyła się konferencja w sprawie postwzrostu. Jak się rozwija ten nurt myślenia?

– Są różne odsłony degrowth. Radykalna, która pozostaje marginesem, bo postuluje choćby rozwiązania sprzeciwiające się przemysłowej produkcji żywności. W zamian proponuje produkcję indywidualną albo kolektywną, w małych grupkach.

Jej przedstawiciele proponują też, aby produkować energię w gospodarstwach domowych, na małą skalę. Choć nie wiem, czy to radykalny postulat: bo to, że potrzebujemy rozproszonych źródeł energii, to nie jest utopia. Wprost przeciwnie: wraz z rozwojem energii odnawialnej to zjawisko rozpowszechniło się w Europie Zachodniej.

Przedstawicielami mainstreamowej odsłony degrowth są: Tim Jackson, autor popularnej książki „Dobrobyt bez wzrostu”, albo Peter Victor z Kanady. Obaj doradzają rządom i obaj wskazują, że nie wystarczy mówić o wzroście efektywności wykorzystania zasobów w przeliczeniu na jednostkę produkcji – trzeba ograniczać wykorzystanie zasobów w ujęciu absolutnym. Mówią o konieczności bardziej równego podziału bogactwa i wprowadzania stosownych mechanizmów redystrybucji.

Myślę, że wśród decydentów jest duża świadomość konieczności poszukiwania rozwiązań. Choćby świetnie zorganizowany transport miejski – to też wpisuje się w ruch postwzrostu. Są sprawdzone przykłady, które po prostu możemy rozszerzyć.

Nie potrafię sobie wyobrazić, że nagle przestawiamy się z zakupów na uprawę ziemi.

Być może będzie to kiedyś nieuniknione. Mamy dwie drogi: pierwsza to kontynuowanie wzrostu i pozornych działań ratujących planetę. A następnie w sytuacji katastrofy wszyscy, kiedy będziemy cierpieć, zostaniemy zmuszeni do przejścia na te rozwiązania przez regres. Albo możemy już teraz dobrowolnie działać na rzecz lepszego świata, świadomie, przez organizowanie społeczeństw w tym kierunku.

Postulatów jest mnóstwo: opodatkowanie lotów, by zniechęcić do latania co weekend. Walka z nierównościami, skrócenie czasu pracy i wprowadzenie dochodu podstawowego.

– Dotykamy kluczowego zagadnienia: produkcji i konsumpcji. Jednym z argumentów konwencjonalnie myślących ekonomistów jest to, że wzrost jest potrzebny, bo utrzymuje miejsca pracy. Nikt nie kwestionuje znaczenia pracy, również dla jakości życia człowieka. Oczywiście, jest pewna grupa, która nie chce pracować i stąd, aby zapobiec ich wykluczeniu, wskazany byłby gwarantowany dochód podstawowy. Na marginesie – w kilku miastach w Holandii, w Barcelonie i w Finlandii prowadzono nawet pilotażowe programy związane z dochodem podstawowym. Tyle że znakomita większość ludzi chce pracować, potrzebuje pracy nie tylko, by zarabiać, ale także by osiągać cele społeczne, choćby kontakty z drugim człowiekiem.

Ale jeśli mielibyśmy ograniczyć produkcję dóbr, które wiążą się z degradacją środowiska, pracy będzie mniej. Dlatego jednym z rozwiązań jest skracanie czasu pracy. To byłby wyraz solidarności, „dzielenia się pracą”. Żeby dla wszystkich starczyło. We Francji czy Holandii już te rozwiązania funkcjonują.

Pracownikom się to spodoba. A pracodawcom?

– Pracodawcy, którym zależy na pracowniku, już od dawna stosują rozwiązania takie jak elastyczny czas pracy. Dają ludziom czas na swobodne myślenie i poświęcanie czasu na własne projekty. Skrajnym przykładem jest produkująca odzież i sprzęt sportowy Patagonia, którą analizowaliśmy jako przykład firmy zbliżonej do idei degrowth wspólnie z doktorantką Yaryną Khmarą. Idea zarządzania personelem w tej firmie to: „Niech moi pracownicy sobie posurfują” – w sensie dosłownym, ponieważ siedziba firmy mieści się w Kalifornii, a ubrania i akcesoria dla surferów stanowią ważną część jej asortymentu – oczywiście w czasie pracy. Może dzięki temu wymyślą coś, co przyczyni się do realizacji celów firmy, do których należy m.in. ochrona środowiska. Firma stara się chronić środowisko również po to, by wszyscy mogli z niego korzystać w celach rekreacyjnych – z produktami Patagonii lub bez nich.

Myślę, że rozwiązania dotyczące skrócenia czasu pracy ostatecznie spotkają się z uznaniem pracodawców – jeśli najpierw zostaną wymuszone przez system i pracodawcy będą się mogli przekonać o ich zaletach. Kończą się czasy, w których konkurowano tanią siłą roboczą.

Wyobrażam sobie komentarze niektórych redakcyjnych kolegów. „Oho, mieliśmy rację. Ekologom wcale nie chodzi o planetę, ale żeby pod tą przykrywką wprowadzić socjalizm”.

Ale co to ma wspólnego z socjalizmem? Nie nazwałbym degrowth socjalistycznym. Lewicowym, socjaldemokratycznym – może tak. Ale nie umieszczałbym tego w kategoriach lewica-prawica. Ani nawet w tradycyjnych podziałach politycznych. Chodzi o przyszłość świata.

W niemal każdej „Wyborczej” możemy znaleźć nadzieje na dalszy wzrost PKB, wyrazy satysfakcji z rosnącego PKB lub ubolewania z powodu jego spadku, nawet nieznacznego. To dopiero jest utopia – na dodatek urzeczywistniona!

Jeśli uda się przestać tak bardzo kierować się zupełnie nieadekwatnym wskaźnikiem, a zamiast tego wybrać inne, znacznie bardziej różnorodne i odnoszące się do tak podstawowych kwestii jak niepodcinanie gałęzi, na której siedzimy, to zwiększymy szanse przetrwania świata, jaki znamy.

*Jakub Kronenberg profesor Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym kieruje Zakładem Analiz Systemów Społeczno-Ekologicznych; członek zarządu Fundacji Sendzimira. Współredaktor pierwszego polskiego podręcznika do zrównoważonego rozwoju „Wyzwania zrównoważonego rozwoju w Polsce”. Kieruje projektem „Postwzrost (degrowth): operacjonalizacja w kontekście miasta – w poszukiwaniu alternatywnych strategii rozwoju” finansowanym przez Narodowe Centrum Nauki.