Antropolog cyfrowy potrafi wyciągnąć z twojej fotki miejsce i czas, w którym została zrobiona, a tło i opis to mnóstwo informacji użytecznych w urządzaniu i planowaniu miasta. Można jeszcze sprawdzić wyraz twarzy czy kąt nachylenia głowy, jak robił to socjolog Lew Manowicz w słynnym projekcie SelfieCity. Odkrył, że na autoportretach mieszkańców Bangkoku czy Sao Paulo znacznie częściej zobaczymy uśmiech niż w innych metropoliach. Najrzadziej uśmiechają się mieszkańcy Moskwy.

Ich fotografie analizuje Daria Radczenko, jedna z pierwszych antropologów cyfrowych w Rosji. Na warsztaty w moskiewskim instytucie mediów, architektury i designu Striełka przyniosła bazę zdjęć wykonanych na placu Czerwonym. Czego chciała się z nich dowiedzieć?

Vadim Makarenko: Czym zajmuje się miejski antropolog cyfrowy?

Daria Radczenko*: - Chcemy się dowiedzieć, co mieszkańcy myślą o swoim mieście, czego im brakuje, jakie są ich potrzeby, co trzeba koniecznie zachować, a czego się pozbyć. Ankiety nie zawsze są pomocne, bo zwykle nie są w stanie odkryć prawdziwych ludzkich potrzeb. A zależy nam na nich, bo zajmujemy się projektowaniem i chcielibyśmy trochę zajrzeć w przyszłość. Ludzie nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą. Zapytajmy spotkanego na ulicy, co chciałby zmienić w swoim mieście. Najprawdopodobniej powie, że chce tego samego, co jest teraz, tylko żeby było troszkę czyściej i troszkę lepiej. Do rozpoznania sytuacji mamy cyfrową antropologię, która zajmuje się badaniem cyfrowych śladów, które zostawiamy w sieciach społecznościowych, na forach itd.

Daria RadczenkoDaria Radczenko fot. Strelka KB

Jakie to są ślady?

– Posty, komentarze, zdjęcia, filmy, tagi, meldunki. Czasem używamy danych z takich źródeł jak Strava. Możemy kupić dane od operatorów kas fiskalnych, dzięki którym wiemy, ile kaw sprzedało się w danym kwadracie ulic. Mamy możliwość zakupu danych od operatorów sieci komórkowych pokazujących, jak ludzie się poruszają po mieście.

I co z nimi robicie?

– Weźmy historię z parkiem znajdującym się w Wiaznikach [nieduże miasto 300 km na wschód od Moskwy], w który władze chciały tchnąć trochę życia. Nanieśliśmy na mapę parku zdjęcia zrobione tam przez ludzi, a geoanalitycy obliczyli, którędy mieszkańcy okolicznych dzielnic mogliby przechodzić przez park, skracając sobie drogę. Wynik był zaskakujący. Znajdowała się tam aleja, która wydawała się idealną drogą prowadzącą z jednej dzielnicy do drugiej, ale ze zdjęć wynikało, że nikt tamtędy nie chodzi. Kiedy tam przyjechaliśmy, od razu zrozumieliśmy, w czym leży problem. To miejsce było ciemne, zapuszczone i trochę straszne. Chodnik był wyboisty, przy nim rosły wielkie krzaki, obok leżeli bezdomni.

Najlepsza trasa przez park nie działała.

Co zrobiliście?

– Wystarczyło ją trochę uczesać, podciąć, podczyścić i oświetlić. Następne pytanie, które sobie postawiliśmy: kiedy ludzie pojawiają się w parku bez względu na wszystkie niedogodności? Okazało się, że o różnych godzinach i porach roku tętniło tam życie, tyle że nie w tych miejscach, w których można było się tego spodziewać. Na przykład na innej alejce z ławkami i z instalacją do robienia zdjęć nowożeńcom.

Kluczowe dla parków jest bezpieczeństwo?

– Na nasze potrzeby stworzyliśmy pojęcie „postrzeganego bezpieczeństwa” danego miejsca. Można obejrzeć policyjne dane z takiego miejsca, a potem spytać ludzi, jak oni to miejsce odbierają. Wyniki nie zawsze się pokrywają. Jeśli spojrzymy na zdjęcia, zobaczymy prawidłowość: tam, gdzie ludzie czują się niekomfortowo, jest mało zdjęć wykonanych wieczorem. Może chodzą tam wieczorami, ale wyłącznie z konieczności i zdjęć nie robią. Deficyt zdjęć w danym miejscu sygnalizuje problemy z bezpieczeństwem albo brak usług.

Każda kropka na mapie odpowiada jednemu zdjęciu. Kropki czerwone to fotografie zrobione w pomieszczeniach, a niebieskie - na ulicy.Każda kropka na mapie odpowiada jednemu zdjęciu. Kropki czerwone to fotografie zrobione w pomieszczeniach, a niebieskie - na ulicy. fot. Strelka KB

Jeżeli ludzie chcą zrobić sobie zdjęcia, to będą je robić nawet w ciemności, latarnia nie jest im do tego potrzebna. Zdjęcia są brzydkie, ale ludzie są zadowoleni. Możemy porównywać różne terytoria lub części wybranego terytorium i patrzeć, gdzie mamy lepszą sytuację, gdzie postrzegane bezpieczeństwo jest wyższe, a gdzie zaangażowanie turystów spada. Wychodzi z tego masa wskaźników, z których łatwo jest zrobić ciekawą i przejrzystą grafikę.

W Polsce działa duża sieć kawiarni Green Caffe Nero. Jej właściciel i współzałożyciel Adam Ringer często sam wybiera lokalizacje. W jednym z wywiadów powiedział mi wprost, że nie ma nic gorszego dla kawiarni niż park. Jak pani myśli, dlaczego?

– To ciekawe. Kiedy zaczęliśmy badać moskiewskie parki, zauważyliśmy coś intrygującego: ludzie chodzą tam nie po to, żeby spacerować.

Myślał pan, że oni tam chodzą, trzymając się za ręce?

Tak.

– I ja też, ale jak widać, jesteśmy starej daty. Dziś przeciętny użytkownik idzie do parku, gdy ten pełni jakąś konkretną funkcję, np. lodowiska, skate parku, placu zabaw. Okazało się, że ludzie w Moskwie są w stanie jechać ze swoimi dziećmi samochodem nawet pół godziny po to, żeby dostać się na duży i ładny plac zabaw.

Ciężko w Moskwie o dobry plac zabaw?

– Nie. Po prostu rodziny z dziećmi w wieku do pięciu lat zazwyczaj mają odhaczone już wszystkie place zabaw w swojej okolicy. W dodatku wszystkie one są zazwyczaj za małe. A do parku można pojechać, wysłać dziecko na wielki plac zabaw i spokojnie sobie posiedzieć na ławce. Wychodzi na to, że w parkach nie chodzi o zwykłe spacery, lecz o konkretną aktywność. Zdjęcia wykonane w parkach wyraźnie się rozkładają: jeżeli jest jakiś ważny punkt, pojawiają się tam od razu. Jedynym wyjątkiem od tej żelaznej reguły są miejsca, gdzie ludzie robią sobie selfie. Chociaż… Gdyby się zastanowić, to też jest funkcja – miejsce, gdzie można się ładnie sfotografować. Może to być punkt widokowy (wzgórze lub wzniesienie), duże huśtawki czy ciekawa współczesna instalacja, rzeźby, szklane labirynty. Reszta parku właściwie nie jest nikomu potrzebna, to dobrze widać w rozkładzie zdjęć. Ludzie są rozmieszczeni w parku bardzo nierównomiernie. Typowy postradziecki park wygląda tak: przy wejściu znajduje się nieduże terytorium, na którym są punkty przyciągające ludzi, czyli kawiarnia, plac zabaw, karuzele czy kolejki, a dalej jest kawałek lasu. Duży obszar, na którym zazwyczaj nikogo nie ma. A jeśli już się ktoś pojawia, to na zdjęciach widzimy go z sankami czy rowerem, bo jeździł tam w dzieciństwie i tak mu zostało.

Albo liczy na odrobinę ciszy i prywatności.

– I tu dochodzimy do tego, jak ludzie postrzegają parki. Mamy taki park Zariadie. Jest odnowiony, nowoczesny, w centrum Moskwy, niedaleko Kremla. Do tego bezpłatny, jak większość parków we współczesnej Rosji. Ludzie jadą tam choćby po to, żeby zobaczyć, o czym wszyscy tyle mówią. I od razu mamy problem: ten park nie jest tak bardzo darmowy, jak chcieliby ludzie. Zostawić auto nieopodal można tylko na płatnym podziemnym parkingu. Restauracje i kawiarnie w samym parku są drogie, a w bezpośredniej okolicy ich nie ma wcale. Z jednej strony biznes w parku daje poczucie wygody, a z drugiej niejako pozbawia park darmowości. W parku Gorkiego to samo.

Rozumiem więc przekonanie biznesmena, że park jest problematyczną lokalizacją. Nie sprzyja wydawaniu pieniędzy w odróżnieniu od sklepowej uliczki w mieście, gdzie przyjeżdżamy posiedzieć w kawiarni, zrobić zakupy czy pójść do kina. Gastronomia dobrze się czuje tam, gdzie człowiek jest już gotowy do otwarcia portfela. Park to inne miejsce.

Dała pani studentom bazę zdjęć wykonanych na placu Czerwonym, ze współrzędnymi tych zdjęć. Czego chciała się pani dowiedzieć z tych danych?

– Plac Czerwony interesuje wszystkich, to jeden z niewielu tematów w Rosji, który jest dla wszystkich ciekawy, dlatego na zajęcia wybraliśmy tę właśnie bazę. Przygotowaliśmy ją specjalnie na potrzeby ćwiczeń w Instytucie. Chcemy zrozumieć, gdzie w przestrzeni miejskiej – w parku, na placu, na ulicy – znajdują się ludzie, co tam robią i kiedy się tam pojawiają. Jeśli pojawiają się tylko, gdy odbywa się impreza masowa, to zły znak. Jako urbaniści uważamy, że ludzie powinni korzystać z przestrzeni publicznej regularnie, każdego dnia. Powinna im służyć. Powinni móc tam przyjść i posiedzieć, napić się kawy, pojeździć na rolkach i zrobić wszystko, czego dusza zapragnie.

Plac Czerwony w MoskwiePlac Czerwony w Moskwie fot. Kola Sanycz/ Flickr

Tymczasem studenci mieli roboczą hipotezę: moskwianie po prostu nie potrzebują placu Czerwonego. No, chyba że odbywa się tam jakaś defilada czy koncert. To prawda?

– Rzeczywiście jest takie wspólne moskiewskie przekonanie wynikające z pewnego snobizmu mieszkańca dużego miasta. „Po co? Ja tam w ogóle nie chodzę”.

Jednak turysta to niekoniecznie człowiek, który przyjechał z innego miasta. Jeżeli ktoś mieszka na peryferiach Moskwy, to odwiedzając centrum, zachowuje się tak samo jak przybysz z Petersburga, Samary czy Paryża. Podąża tymi samymi ścieżkami, zatrzymuje się w tych samych punktach i wykonuje te same czynności – robi zdjęcia, kupuje te same gadżety (no, może oprócz matrioszek) i odwiedza te same kawiarnie. Moskwa to gigantyczna metropolia z własną turystyką wewnętrzną. W naszych badaniach zawsze sprawdzamy, którzy miejscowi odwiedzają dany teren. Ludzie mieszkający w bezpośredniej okolicy czy może właśnie tacy turyści z przedmieść?

Zasadniczo interesują nas ogniska aktywności podczas imprez masowych. Co jest bardziej popularne, a co mniej? Co jest ważne albo interesujące dla ludzi w danej chwili oprócz samej imprezy? Skoro wiemy, z której strony ludzie nadchodzą na festiwal muzyczny na placu, to rozmieszczenie punktów handlowych ma sens właśnie na wejściu po tamtej stronie. Nazywamy to tymczasowym zagospodarowaniem przestrzeni.

A przykład stałego zagospodarowania?

– Niech będzie ulica Nowyj Arbat. Tak samo jak plac Czerwony kojarzy się z „niemoskiewskością”. Jest uważana za coś nieautentycznego, starzy moskwianie nazywają ją „sztuczną szczęką Moskwy”. Na początku lat 70. zbudowano tam ogromne bloki, które przypominają ludziom zęby. Lekko pogardliwy stosunek do tej dzielnicy stał się wśród rodowitych mieszkańców normą, ale na Nowym Arbacie jest masa świetnych usług, sklepów i kin. Dlatego mieszkańcy Moskwy korzystają z tej ulicy wyłącznie jak z korytarza, który pozwala im dotrzeć z punktu A do punktu B. Nikt nie chodzi tam na spacery, w sieciach społecznościowych zdjęć z tej okolicy praktycznie nie było. Prawie 70 proc. zdjęć zrobili tam turyści z innych miast.

Ulica Nowy Arbat w Moskwie, 23.01.2018Ulica Nowy Arbat w Moskwie, 23.01.2018 Oleg Znamenskiy/123RF

Co zmieniliście?

– Zajęliśmy się niewygodną strefą dla pieszych, która nie miała wyodrębnionych miejsc odpoczynku. Stały wprawdzie jakieś ławki, ale chodniki były zastawione samochodami, więc siedziało się prawie na środku parkingu. A dookoła hałas i spaliny. Uporządkowaliśmy parkowanie – dużo miejsc usunęliśmy, przebudowaliśmy zatoczki, posadziliśmy drzewa, żeby nie było tak łyso i by chodnik był odgrodzony od jezdni. Stworzyliśmy nowe miejsca do odpoczynku. Ciekawą, romantyczną decyzją, krytykowaną przez wiele osób, była ciągła, bardzo długa ławka. Miejsce do spotkań wszystkich ze wszystkimi. Zrobiliśmy tam też parę miejskich rzeźb i instalacji.

Żeby ludzie mogli robić sobie z nimi zdjęcia?

– Nie tylko. Takie rzeczy dobrze sprawdzają się dla małych i średnich biznesów. Kiedy idziesz dużą ulicą, a miejsce docelowe znajduje się poza tą ulicą, to się rozpędzasz. Znasz swoją trasę i niewiele dostrzegasz dookoła, wszystko przelatuje obok. Kiedy w twoim polu widzenia pojawiają się jakieś większe obiekty, które przyciągają wzrok, automatycznie i prawie niezauważalnie zwalniasz. Wtedy pojawia się szansa, że dostrzeżesz więcej. Zaczyna się od szyldów małych kawiarni i stojących dookoła ławek. Jeśli zwolnisz jeszcze bardziej, okaże się, że to niezła kawiarnia i można byłoby dać jej szansę. Wielu właścicieli lokali gastronomicznych to rozumie. Właściciel jednej z kawiarni w Omsku na własny koszt postawił rzeźbę miejską obok wejścia. Ludzie zatrzymywali się i wchodzili do środka.

Również po odnowieniu Nowego Arbatu sytuacja się zmieniła. Udział turystów spadł do 50 proc., to już jest zdrowy poziom na dowolnym terenie. Pojawili się natomiast mieszkańcy miasta. Zaczęli tam spędzać czas, interesować się tym miejscem.

W Polsce trwa spór o przydatność cyfrowych śladów, są opinie, że mogą zaszkodzić w urządzaniu miasta. Dane z aplikacji do transportu miejskiego czy ćwiczeń obejmują głównie osoby młodsze. Na podstawie danych z Instagrama, Endomondo czy JakDojadę cały czas mówimy o mieście młodzieży. W ten sposób łatwo o decyzje dyskryminujące starszych mieszkańców. Co pani o tym sądzi?

– Za każdym razem, gdy używamy takich danych, trzeba liczyć się z ryzykiem. Są one wygenerowane przez konkretne biznesy mające własne cele, a do tego bardzo różne zasięgi. Praktycznie mamy do czynienia z czarną skrzynką. Nie wiemy, jak jest zbudowana, z czego się składa, jakie ma zniekształcenia oprócz tych, które widać na powierzchni. Tak, te dane są demograficznie zniekształcone, to ogranicza nasze audytorium do przedziału wiekowego od 15 do 50 lat. Dlatego należy używać różnych danych, tworząc tym samym wielowarstwowy system, coś w rodzaju ciasta francuskiego. Warto też potwierdzać je danymi innego typu. Cyfrową antropologię traktujemy jako narzędzie do stawiania pytań, a nie szukania odpowiedzi.

Z drugiej strony w urbanistyce to zniekształcenie danych gra na korzyść. To jest w pewnym sensie dyskryminacja, ale skupienie się na nieco młodszym audytorium odpowiada długoterminowym celom, bo miasta nie rosną jak trawniki, ale jak drzewa. Nie odnawiają się co sezon, lecz rozwijają powoli, latami. Ludzie, którzy dziś używają sieci społecznościowych, będą korzystać z tego miasta przez następne 50 lat.

Jeśli będziemy planować rozwój miast na podstawie sieci społecznościowych, to ludzie w wieku 55+ nie zobaczą zmian. Dla nich o wiele ważniejsze jest to, co można zrobić tu i teraz.

– Są jeszcze sondaże nastawione na potrzeby ludzi w podeszłym wieku. Są pogłębione wywiady i obserwacje uczestniczące. Weźmy użytkowników z ograniczoną mobilnością. To bardzo szeroka grupa, należą do niej zarówno mamy z dziećmi w wózkach, ludzie na wózkach inwalidzkich oraz starsze osoby z balkonikami. Ich wymagania dotyczące przestrzeni miejskiej w istocie są bardzo podobne – równy, łatwy do poruszania się chodnik, rampy, zacienione miejsca odpoczynku, publiczne toalety o szerszych wejściach itd.

Inny problem, z którym borykamy się w Moskwie, to sprzeczne interesy pieszych i kierowców. Chcemy, żeby centrum miasta było bardziej atrakcyjne dla pieszych. Starsze osoby mogą na to reagować negatywnie, bo trudno im poruszać się pieszo, często wolą pojechać do sklepu autem. Można nad tym pracować, próbując zmieniać otoczenie i rozmieszczenie punktów handlowych, ich funkcje, ale to już bardziej skomplikowane działania. Miasto adaptuje się do zmieniającej się struktury demograficznej stopniowo, to wymaga czasu. Jedno jest pewne: miasta zostawić samochodom nie możemy, bo będzie już zupełnie nie do życia. Trzeba decydować.

Te decyzje budzą emocje także w Polsce.

– To zrozumiałe. Przy ulicy Twerskiej do lat 90. rosły lipy, które zostały ścięte, gdy poszerzano ulicę. Zrobiła się łysa i oficjalna, dlatego posadziliśmy te drzewa z powrotem. Dorosłe, wielkie lipy wyglądają ładnie i podobają się mieszkańcom oraz turystom. W tym samym czasie radykalnie ograniczyliśmy przestrzeń do parkowania. I co się stało? Zaczęły znikać sklepy luksusowe i pojawiać się tańsze.

Ulica Twerska w MoskwieUlica Twerska w Moskwie fot. Evgeniy Volkov/ Flickr

To dobrze czy źle?

– To prostu radykalna zmiana oblicza tej ulicy. Klienci dóbr luksusowych przyzwyczaili się do przyjeżdżania samochodem pod sam próg sklepu. Mogą przejść na piechotę najwyżej 10 metrów, 50 metrów nie wchodzi w grę. Brak parkingu sprawił, że ich zainteresowanie Twerską wyparowało. Za to pojawili się piesi, młodzież i nowe sklepy, m.in. Auchan. To jest w ogóle niesamowite – Auchan na Twerskiej! Oczywiście nie jest to hipermarket, lecz mniejszy miejski format, ale to ogromna zmiana dla centrum. Ta dzielnica przestaje być miejscem dla bogatych i szczęśliwych, staje się bardziej demokratyczna. Dobrze czy źle? Z punktu widzenia detalistów segmentu premium to bardzo źle, a z mojego – jako pieszego – to dobrze.

W centrach dużych polskich miast mamy nagromadzenie banków. Czynsze rosną, małe i średnie biznesy wypadają z gry, przychodzą banki i otwierają swoje oddziały. Tak samo jest w Moskwie?

– Chyba nie w takim stopniu. Banków mamy dużo, ale ich oddziały pojawiają się i znikają. Po programach rewitalizacji przestrzeni przeanalizowaliśmy wynajem powierzchni biurowych na parterze. Zmniejszyła się rotacja i liczba wolnych miejsc. I faktycznie banków zrobiło się mniej, średnio o 15-20 proc.

W jakim stopniu mieszkańcy Moskwy wciąż żyją w sowieckiej przestrzeni?

– Kończyliśmy raport z badania parków. Ilustrowaliśmy go zdjęciami, ale jakoś tak wyszło, że nie od razu zrobiliśmy do nich podpisy. Poprosiłam kolegów, żeby spojrzeli, skąd wzięliśmy te zdjęcia, i je podpisali. Przychodzę do biura, a tam wszyscy stłoczeni wokół komputera patrzą na jedno zdjęcie. Mówią, że wszystkie już zidentyfikowali, ale tego jednego nie potrafią. Na nim jakiś skate park, dwójka dzieci, jedno w kasku, na tle drewnianego pawilonu.

„W czym problem, przecież parków nie jest tak dużo, da się wywnioskować, gdzie to jest. Obstawiam, że to park Sadowniki” – mówię.

Na to najmłodsza z moich koleżanek odpowiada, że to nie może być w Rosji.

„Taki fajny skate park, z takim pawilonem? To na pewno nie w Rosji. Popatrz na te dzieci, są jakieś takie nie nasze. To wszystko wygląda zupełnie nie po rosyjsku i nie po moskiewsku. I nie może u nas być takiej superrampy” – zapewniała.

Zajrzeliśmy więc do archiwum zdjęć z parku Sadowniki i oczywiście znaleźliśmy tę rampę i pawilon. Okazuje się, że są miejsca w Moskwie, które przypominają europejskie. Czego nam brakuje? Wiadomo, że Moskwa różni się od większości państw europejskich przede wszystkim klimatem. Nie chodzi o to, że jest zimno, ale nasza zima jest dziwna: raz mokro, raz zimno, raz brudno. Z tego powodu, niestety, przestrzeń miejska funkcjonuje w bardzo ograniczonym czasie albo na bardzo ograniczonym terenie. Dobre rozwiązania urbanistyczne i polityczne skupiają się na centrum stolicy, ale więksi deweloperzy coraz częściej starają się je powielać na obrzeżach miasta.

*Daria Radczenko - z wykształcenia jest socjolożką i ekspertką w dziedzinie kulturoznawstwa, z zawodu miejską antropolożką cyfrową z doświadczeniem w biznesie (Campari i Herbapol). Dziś kieruje centrum miejskiej antropologii cyfrowej w firmie doradczej Striełka KB oraz prowadzi badania w Rosyjskiej Akademii Gospodarki Narodowej Służby Państwowej, gdzie wydaje magazyn „Folklor i Antropologia Miasta”