Piotr Szostak: Czy są parytety w stacjach kosmicznych?

Dr Aleksandra Bukała: Misje załogowe są oczywiście mieszane, ale przede wszystkim trzeba mieć kompetencje i doskonałe zdrowie. W kosmos lecą najczęściej wojskowi, piloci i naukowcy, którzy tam podróżują do pracy, a nie po to, żeby sobie pobyć w pozaziemskim hotelu przez kilka miesięcy...

...i korzystać z różnych międzygwiezdnych zabiegów. Ale przecież mają też czas wolny: nagrywają filmiki, tweetują, śpiewają Davida Bowiego.

- Albo piją espresso jak pierwsza włoska astronautka Samantha Cristoforetti, która wzięła ekspres na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Razem ze specjalnie zaprojektowaną filiżanką z dzióbkiem, dzięki któremu kawa się nie wylewa. W stroju ze „Star Treka” wysłała na Ziemię wolkańskie pozdrowienie. Już w 1986 r. na pokładzie Challengera nie dość, że był mieszany skład, to jeszcze w tej misji brała udział turystka – nauczycielka, która miała obserwować wszystko z perspektywy zwykłego człowieka.

Jakie projekty realizuje Creotech?

- Creotech specjalizuje się głównie w elektronice, w tym w elektronice lotniczej. Zbudowaliśmy na przykład elektronikę sterującą do instrumentu, który obecnie orbituje wokół Marsa i pomaga badać skład jego atmosfery. Firma ma duże ambicje, np. chce budować własne polskie satelity.

Co pani sądzi o projektach kosmicznych kopalni na asteroidach?

- W tej chwili wydaje się to tak odległe, że prawie komiczne. Wielu ludziom kojarzy się z hollywoodzkimi superprodukcjami. I rzeczywiście, wydobywanie drogocennych kruszców z międzyplanetarnych asteroid jest bardzo odległą przyszłością, Ale technologie związane z mechaniczną eksploracją innych ciał niebieskich będą bardzo potrzebne np. przy budowie bazy na Księżycu, która jest niezbędna, abyśmy mogli poważnie myśleć o załogowej misji na Marsa. Ktoś mógłby powiedzieć: „Phi, na Księżycu byliśmy 50 lat temu”, ale to nie jest takie proste. W ostatnim czasie izraelski lądownik Bereszit jako czwarty (po ZSRR, USA i Chinach) próbował bezskutecznie lądować na Księżycu. Dotarł tam planowo, ale rozbił się przy lądowaniu.

Niedawno NASA zrezygnowała z pierwszego w historii spaceru kosmicznego, w którym miały wziąć udział tylko kobiety. Powodem był brak wystarczającej liczby skafandrów. 

- Skafandry były, ale tylko jeden w rozmiarze dostosowanym do budowy kobiecego ciała. Wiele lat temu, gdy je projektowano i wysyłano na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS), nikt nie myślał, że kobiety będą równoprawnymi astronautami. Fajnie, że to się zmienia, ale to pewnego rodzaju nauczka, że zanim się ogłosi jakiś chwyt marketingowy związany z kosmosem, trzeba sprawdzić dostępne zasoby. Działalność w kosmosie to przede wszystkim wyjątkowo ograniczony dostęp do zasobów. Mamy za mało mocy, za mały udźwig, za małą ładowność, ekstremalne temperatury, za mało wody, żywności i grawitacji. A mimo to ISS lata nam nad głowami, 19 razy na dobę okrążając Ziemię, i niezmiennie od lat mieszkają tam ludzie, w tym coraz więcej kobiet.

Wierzy pani, że możemy natrafić na obcą formę życia?

- W książce Carla Sagana „Kontakt” główna bohaterka mówi, że wszechświat jest tak ogromny, że nie możemy sobie tego nawet wyobrazić i gdybyśmy byli w nim zupełnie sami, to byłaby to okropna strata miejsca. Ale trafia do mnie też pesymistyczna hipoteza Stanisława Lema przedstawiona w „Fiasku” – że cywilizacje mają wąskie okienko czasowe, kiedy kontakt jest możliwy. Przez wieki nie byliśmy zdolni do kontaktu z inną cywilizacją. Nie byliśmy świadomi nawet, że żyjemy na kuli, że są inne planety. Nie mieliśmy radia i nie mogliśmy odbierać sygnałów spoza Ziemi. Dopiero w ostatnich kilkudziesięciu latach dysponujemy technicznymi możliwościami podsłuchiwania i podglądania kosmosu i zdaliśmy sobie sprawę z tego, jaki jest ogromny. Lem uważał, że to faza przejściowa, kiedy cywilizacja jest zdolna do kontaktu – później albo umiera, albo ewoluuje w coś więcej, co nie jest już zainteresowane kontaktem z innymi cywilizacjami. Wiedząc o tej hipotezie, bohaterowie „Fiaska” (nawiasem mówiąc, sami panowie) planują misję mającą na celu nawiązanie kontaktu z cywilizacją w odpowiedniej fazie rozwoju. Mimo to wszystko zakończyło się fiaskiem. Kto wie, która hipoteza jest bliższa prawdy. 

A kolonizacja innych planet? 

- Załogowe misje międzyplanetarne są bardzo trudne. Do publicznej świadomości przebijają się głównie działające na wyobraźnię plany, np. Elona Muska. Przyczyniają się one do otwierania społeczeństwa na nowe pomysły, ale trzeba pamiętać, że część jego wypowiedzi w mediach to lobbying, bo sektor kosmiczny jest całkowicie zależny od państwowych pieniędzy. Musk wysyła Teslę w kosmos, żeby amerykański podatnik był pozytywnie nastawiony do inwestycji w kosmos. Jeżeli chodzi o misję załogową na Marsa, to przy obecnym stanie techniki jest to bardzo złożone przedsięwzięcie, które będzie wymagać ogromnych inwestycji. Po pierwsze, na Marsa w najlepszym wypadku leci się dziewięć miesięcy w jedną stronę – w całej historii lotów załogowych było tylko kilku astronautów, którzy spędzili więcej niż dziewięć miesięcy w Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Po drugie, w maleńkiej „puszce” ludzi można wysłać na Księżyc, bo tych kilka dni wytrzymają w takim ścisku. Statek załogowy na Marsa musi być większy nawet od ISS.

Rząd USA, który daje Muskowi publiczne pieniądze, musi wiedzieć, do jakiego momentu te plany są realne.

- W latach 60. wyścig kosmiczny był spektakularny, miał efekt propagandowy, informacje o misjach przebijały się do szerokiej publiczności. Teraz branża kosmiczna straciła zainteresowanie opinii publicznej. Świadomość, czym się zajmujemy, jest niska. Ludzie są zdziwieni, że jest coś takiego jak Międzynarodowa Stacja Kosmiczna. Często nie wiedzą, że GPS jest oparty na systemie satelitarnym. A przecież wiele rzeczy zależy od tego, co się dzieje w kosmosie. Wśród ludzi, którzy pracują w branży, toczy się ożywiona dyskusja na temat priorytetów. Co jest ważniejsze: eksploracja kosmosu czy lepsze poznanie własnej planety? Patrząc z perspektywy kosmosu, moglibyśmy lepiej zrozumieć np. zmiany klimatu. Pierwsze satelity meteorologiczne, które były w stanie przesyłać duże ilości informacji, wystrzelono góra kilkanaście lat temu. Projekty mające na celu zobrazowanie Ziemi rozpoczęły się 10-15 lat temu. Jeszcze nie przetworzyliśmy wszystkich danych zbieranych przez te satelity. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć pogody na trzy miesiące do przodu, ale już możemy dosyć dokładnie przewidzieć pogodę na kolejny dzień czy tydzień. To się udało, bo spojrzeliśmy na Ziemię z dystansu, zauważyliśmy rzeczy, których wcześniej nie widzieliśmy. Tu zobaczymy czapy lodowe, tam sprawdzimy zasolenie oceanów, ale nie wiemy np., ile mamy lasów i roślin na naszej planecie. Nie jesteśmy w stanie obliczyć całkowitej zdolności do wchłonięcia dwutlenku węgla. Jeśli nie jesteśmy w stanie wyliczyć tego bilansu w sposób dokładny, to jeszcze bardzo wielu rzeczy nie wiemy.

Obserwacja Ziemi nie jest priorytetem?

- To coraz bardziej popularny temat. W trakcie wystąpienia na UW dwa lata temu dyrektor generalny Europejskiej Agencji Kosmicznej Johann-Dietrich Wörner, powiedział, że gdyby Ziemię porównać do piłki nożnej, to nasza atmosfera byłaby cieńsza niż najcieńsza kartka papieru – to po prostu jest prawie niezauważalna otoczka wokół tej piłki, która nas chroni. Ziemia to jedyny statek kosmiczny, jaki mamy. Chroni ją magnetosfera, której Mars nie ma. Dlatego jest martwy, prawie nic go nie osłania przed radiacją, wiatrem słonecznym.

Utopijność projektów kosmicznych ma pewne historyczne źródło w radzieckim programie kosmicznym, w jego rozmachu.

- Jestem ogromną fanką Siergieja Korolowa, twórcy radzieckiego programu kosmicznego. Korolow projektował rakiety jeszcze przed wojną, ale z powodów politycznych został aresztowany i zesłany na Kołymę. Wyrwali mu dziesięć lat z życiorysu. Podczas wojny niemiecki naukowiec Wernher von Braun skonstruował słynną rakietę V2 i później oddał się w ręce Amerykanów. Natomiast w radzieckiej strefie okupacyjnej Niemiec znalazła się fabryka z całą dokumentacją techniczną V2 i wieloma niemieckimi inżynierami niższego szczebla. Wtedy Rosjanie sprowadzili Korolowa i powierzyli mu zadanie odtworzenia rakiety. Wszystko zostało przeniesione w głąb Związku Radzieckiego i utajnione – nikt nawet nie znał nazwiska Korolowa, nazywano go naczelnym konstruktorem. 

W trakcie pomyślnych prac nad odtworzeniem V2 Korolowowi przedstawiono warunek wymagany przez wojsko – rakieta musi mieć zdolność przeniesienia pięciotonowego ładunku nuklearnego na terytorium USA. Korolow wiedział, że konstrukcja von Brauna nie wystarczy, i przekonał władze ZSRR do uruchomienia programu budowy rakiety własnego pomysłu – R7. Ta konstrukcja po wielu modernizacjach lata od 1956 r. do dzisiaj i znana jest pod nazwą Sojuz. Obecnie jest najbardziej niezawodną i jedyną rakietą zdolną do misji załogowych na ISS. Zaprojektowana jako śmiercionośne narzędzie, dziś jest kluczowa dla utrzymania załogi w Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Mimo wojskowego przeznaczenia Korolow od początku zdawał sobie sprawę z jej naukowego potencjału i zaczął przekonywać armię do wystrzelenia najpierw satelity szpiegowskiego.

Nikogo nie interesowała nauka?

- Cóż, do dziś niewiele się zmieniło. Łączne globalne wydatki na kosmos są mniejsze niż roczny budżet obronny USA, ale Korolow wysłał w kosmos Sputnika – pięknego, okrągłego, błyszczącego, z wąsikami. Amerykanie byli w szoku, że Rosjanie są w stanie zbudować rakietę takiej nośności, żeby wynieść satelitę w kosmos. Tak to się wszystko zaczęło. Podziwiam Korolowa, musiał być niesamowicie dobrym organizatorem i przez tyle lat udawało mu się być o krok przed Amerykanami mimo całej niewydolności i biurokracji ZSRR. Dzięki jego pracy Rosjanie wystrzelili Sputnika, Łajkę, Gagarina, Tierieszkową, odbyli pierwszy spacer w kosmosie. Jego nazwisko zostało ujawnione opinii publicznej dopiero po jego śmierci podczas rutynowej operacji chirurgicznej w 1966 r.

A ile jest kobiet w branży?

- Mało, ale coraz więcej. To wynika głównie z historycznych uwarunkowań. Boom w przemyśle kosmicznym zaczął się w latach 60. i 70., kiedy żyliśmy jeszcze w raczej patriarchalnych społeczeństwach. Cieszę się, że trend się zmienia, bo mocno wierzę, że różnorodne zespoły pracują dużo wydajniej, są bardziej dynamiczne i twórcze. 

Jak to jest być dyrektorką w branży kosmicznej i matką?

- Nie jest łatwo. Ta praca jest obciążająca i czasowo, i mentalnie. Gdy syn był jeszcze mały, nieraz miałam takie sytuacje, że byłam zaabsorbowana lotami w kosmos, wszechświatem, problemami całej Ziemi, a tu: „Mamo, masła nie kupiłaś”. 

Opowiada pani synowi, nad czym teraz pracuje albo co robiła w pracy?

- Rozmawiamy i syn jest na pewno bardziej świadomy kosmosu, robotów rozbrajających bomby, eksploracji planet niż wiele innych dzieci. Natomiast nie ma się co oszukiwać – realizacja pasji zawodowych zawsze odbywa się kosztem rodziny. Ja nie jestem w stanie pogodzić modelu matki Polki z rolą kobiety realizującej swoje pasje.