W Orwellowskim świecie Oceanii największą karą była ewaporacja, czyli nie tylko uśmiercenie fizyczne, ale całkowite wymazanie skazanego z historii: z dokumentów, książek, gazet, zdjęć. Gdyby pisarz żył dzisiaj, pewnie dodałby do tej listy serwisy społecznościowe.

Bo kara ewaporacji jest na nich już skutecznie stosowana. Za osądzenie, skazanie i wymierzenie kary odpowiedzialny jest ten sam podmiot: serwis, którego regulamin jest prawem. Najwyraźniej widać to na przykładzie Facebooka, który z blisko 2,2 mld użytkowników coraz bardziej urasta do pozycji platformy totalnej. Oferującej internet obok internetu. Miejsce spotkań, robienia biznesów, działalności społecznej czy politycznej. I własne prawo, które pozwala karać użytkowników niczym sam Wielki Brat.

Kara: blokada konta

„Haha, wiecie, jaki żart mi zrobił Facebook? Zablokował mnie za antysemityzm... Powód? Tekst sprzed 7 lat... w którym krytykuję antysemityzm. Tyle że akurat w tym – antysemityzm lewicowy. Brawo, Facebook! :D” – poskarżył się na Twitterze publicysta Dawid Wildstein na decyzję serwisu o zablokowaniu konta za złamanie regulaminu.

Filip Chajzer dostał blokadę za zdjęcie ręki swojego małego synka z telewizorem w tle. Na ekranie była reklama proszku do prania, w której grał ojciec Filipa Zygmunt. Fotografię tę Chajzer opatrzył żartobliwym opisem: „Kiedy z rana się zesrałeś, a dziadek ma już gotowe rozwiązanie” i jeszcze wzmocnił go emotikonem „kupy”. Co tym razem złamało regulamin? Nie wiadomo.

Fotografowi „Newsweeka” Adamowi Tuchlińskiemu Instagram usunął zdjęcia nacjonalistów biorących udział w Marszu Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce. Tuchliński uchwycił uczestników marszu obok symboli AK i podobizn Romualda Rajsa „Burego” – odpowiedzialnego za wymordowanie prawosławnych mieszkańców Hajnówki. Powód usunięcia zdjęć: oczywiście regulamin.

Ten sam regulamin, na którego przestrzeganie zgadza się każdy, kto zakłada konto na Facebooku. Podobnie jak zgadzamy się na regulaminy na YouTubie, Instagramie, Twitterze. Chcesz tam być, musisz grać tak, jak właściciel serwisu sobie życzy. Tyle że te życzenia stają się wykładnią tego, czym jest kłamstwo, prawda, mowa nienawiści, obraza uczuć, epatowanie nagością. Czyli po prostu prywatnym prawem.

Facebook nie lubi prawicy

Blokady stały się zauważalnym problemem dopiero, gdy dotknęły polityki. Tuż przed 11 listopada 2016 roku Facebook zablokował profile m.in. Marszu Niepodległości, Ruchu Narodowego, Młodzieży Wszechpolskiej, ówczesnego redaktora naczelnego „Super Expressu” Sławomira Jastrzębowskiego, posła Kukiz’15 Marka Jakubiaka. Wszystkie mniej lub bardziej prawicowe i we wszystkich tych przypadkach poszło o „złamanie regulaminu” – umieszczeniu plakatów Marszu Niepodległości, na których był symbol Falangi. Facebook stwierdził, że to propagowanie faszyzmu, i posypały się blokady kont.

Prawicowi działacze i publicyści uderzyli na alarm. Napisano petycję do samego Marka Zuckerberga, zaapelowano o pomoc do szefa MSWiA Mariusza Błaszczaka i minister cyfryzacji Anny Streżyńskiej. Od tamtej pory temat regularnie wraca, gdy tylko ban spotka kolejną publiczną osobę. – Ależ to jest błędny sposób myślenia. I jest na rękę tym kilku portalom o globalnym zasięgu. Na rękę, bo odwraca uwagę od prawdziwego źródła problemu. Nie jest nim upolitycznienie, tylko coraz większa potęga mediów społecznościowych i to, że w ich rękach skupiona jest potężna władza nad obiegiem informacji w sieci. W efekcie nie tyle zaczynają one działać poza prawem, ile tworzą swoje własne reguły gry. Prywatne prawo, którym wiążą użytkowników z całego świata – tłumaczy prawnik dr Paweł Litwiński z Instytutu Allerhanda.

Cycki, Indianie i Moskale

Jak “Lex Facebook” wygląda w praktyce? W 2015 roku portal Zuckerberga zaczął automatycznie blokować konta, które używały słowa “Moskal” (odpowiednik polskiego “Rusek”) w stosunku do Rosjan. W Polsce nie ma ono negatywnej konotacji, ale dla Rosjan nazwanie “Moskalem” jest ewidentnie uwłaczające. Tyle że równolegle Facebook nie uznał za warte zwalczania określenia “Chachoł”, jakim Rosjanie pogardliwie nazywają Ukraińców. W ramach sprzeciwu dziennikarz Max Kononenko opublikował na swoim koncie wiersz Puszkina “Mój rodowód” zaczynający się od słów “Ruskich pismaków tłuszcza mściwa”. Wystarczyło kilka minut, by zadziałało lex Facebook i konto zostało zablokowane.

Dokładnie takich samych argumentów Facebook użył, gdy usunął z profilu jednej z teksaskich gazet wpis z fragmentem amerykańskiej Deklaracji Niepodległości. Zakwalifikowano go jako rasistowski, bo znalazło się w nim zdanie o "bezlitosnych dzikich Indianach, których znaną taktyką jest mordowanie ludzi bez względu na wiek, płeć i stan". Dziś brzmi rzeczywiście mocno niepoprawnie politycznie, ale to cytat z oryginalnego dokumentu.

Eug?ne Delacroix, 'Wolność wiodąca lud na Baruykady'.  Algorytmy facebooka ocenzurowały obraz 'w trosce o moralność użytkownika'Eug?ne Delacroix, 'Wolność wiodąca lud na Baruykady'. Algorytmy facebooka ocenzurowały obraz 'w trosce o moralność użytkownika' 

Ochrona moralności użytkowników stanęła zaś za decyzją, by zablokować obraz Eugène'a Delacroix "Wolność wiodąca lud na barykady". Kontrowersje wzbudziły odsłonięte piersi głównej postaci, czyli Marianny symbolizującej Francję. Podobnie serwis Zucka potraktował wcześniej próbę opublikowania dzieła Gustawa Courbeta "Pochodzenie świata". Na obrazie przedstawiona jest wagina jako miejsce, skąd pochodzi życie i świat. Lex Facebook nie przepuściło też figurki "Wenus z Willendorfu".

Wenus z Willendorfu, figurka z epoki górnego paleolitu (szacuje się, że wyrzeźbiono 22-24 tysięcy lat temu). Znaleziona w 1908 podczas prac drogowych w pobliżu miejscowości Willendorf w Austr odnaleziona w 1908 podczas prac drogowych w pobliżu miejscowości Willendorf w Austrii. Ocenzurowania przez Lex FacebookWenus z Willendorfu, figurka z epoki górnego paleolitu (szacuje się, że wyrzeźbiono 22-24 tysięcy lat temu). Znaleziona w 1908 podczas prac drogowych w pobliżu miejscowości Willendorf w Austr odnaleziona w 1908 podczas prac drogowych w pobliżu miejscowości Willendorf w Austrii. Ocenzurowania przez Lex Facebook Wikipedia

- Czyli dla naszego dobra prywatna firma stawia się w pozycji cenzora i recenzenta, co wypada, a czego nie wypada pokazywać. Co jest wezwaniem do przestępstwa. Co jest mową nienawiści. Oczywiście nie jest tak, że to się dzieje bez uzasadnienia - zauważa Litwiński i dodaje, że w dobie coraz bardziej rozlewających się fake newsów sami domagamy się pełniejszej kontroli nad tym, co się ukazuje w mediach społecznościowych. - Ale w efekcie oddajemy platformom prawo do tego, by nas cenzurowały.

Elementem takiego czyszczenia Facebooka jest choćby akcja zwana FireEye, podczas której Facebook, Twitter, Instagram, Google Plus i YouTube usunęły setki fałszywych kont, które były powiązane z irańską i rosyjską propagandą. Podobne uzasadnienie stoi za niedawną decyzją portalu Zuckerberga, by “zdelegalizować” ONR.
I można by nawet przyklasnąć, tyle że przecież ta organizacja jest wciąż w Polsce legalna. Jak widać, polskie prawo nie jest przeszkodą, by na Facebooku funkcjonowały ich własne zasady.

- Kluczowym problemem jest to, że decyzje te zapadają arbitralnie w prywatnej firmie - zauważa dr Arwid Mednis, ekspert od ochrony danych osobowych. - I nie wiemy, jak daleko mogą być posunięte te dobre chęci, by nas wszystkich chronić i się nami opiekować. Szczególnie że tych konkretnych decyzji, co zbanować, a co jednak może zostać, nie podejmuje jakiś Zuckerberg, “szefowa polskiego Facebooka” czy inny łatwy do wskazania człowiek z takimi czy innymi poglądami. Dziś stoją za nimi maszyny. To specjalnie skonstruowane algorytmy decydują, co będzie usunięte, a co widzimy - dodaje ekspert.

Legalize It

Konferencja prasowa w centrali Facebooka. Ross Kirschner, dyrektor ds. polityki publicznej, pokazuje dziennikarzom treści, które mogą budzić kontrowersje, i tłumaczy, co łamie standardy, a co nie. Zdjęcie karmiącej matki z widocznymi sutkami? Dozwolone – od lat wiadomo, że słynny „protokół cycki” zakazujący nagości na Facebooku nie obejmuje karmienia dzieci. Zdjęcie z parady gejowskiej zachęcające, by wziąć w niej udział? Dozwolone. Zdjęcie Angeli z Merkel z wykrzywioną twarzą i wpisem, że już czas, by umarła? Konsternacja. Większość dziennikarzy jest za usunięciem, bo to mowa nienawiści. – A przecież ten podpis to może być żart, ironia, sarkazm. Co gdyby dołożyć do niego emotikon z uśmiechem? – dopytuję.

Dyrektor z Facebooka rozkłada ręce: – Usuwamy. Kolejny slajd: zdjęcie paczek z marihuaną i zachętą, by się odezwać, jeżeli ktoś potrzebuje. Dopytujemy, gdzie opublikowano zdjęcie, bo np. w Kalifornii marihuana jest zalegalizowana. Kirschner tłumaczy, że podobne treści uznawane są za złamanie standardów niezależnie od tego, gdzie powstały.

– Jak to? Skoro władze zalegalizowały narkotyk? A co np. w Polsce, gdzie nielegalne są reklamy mocnych alkoholi? Przecież nie usuwacie zdjęć ludzi pijących wódkę?

– Bo tego nie uznajemy za złamanie regulaminu.

– Ale przecież prawo krajowe stoi wyżej, jest bardziej wiążące niż regulamin prywatnej firmy.

– Mamy ponad 2 mld użytkowników, czyli właściwie sami jesteśmy jak państwo – podkreśla Kirschner. I dodaje, że wszystko zależy od kontekstu. Kontekstu, który ocenia i ustala sam Facebook.

W końcu ma już listę zagadnień, których poruszenie sprawia, że treść staje się polityczna. Aborcja, budżet, prawa obywatelskie, przestępstwa, gospodarka, edukacja, energia, środowisko, polityka zagraniczna, reforma rządowa, broń, zdrowie, imigracja, infrastruktura, wojsko, bieda, ubezpieczenia społeczne, podatki, terroryzm i wartości – a to tylko lista wstępna. Lex Facebook można zmieniać i rozszerzać. Żadne konsultacje społeczne ani długotrwałe batalie w parlamentach tu nie są potrzebne. – Czyli dla naszego dobra prywatna firma stawia się w pozycji cenzora i recenzenta, co wypada, a czego nie wypada pokazywać. Co jest wezwaniem do przestępstwa. Co jest mową nienawiści – zauważa Litwiński i dodaje, że w dobie coraz bardziej rozlewających się fake newsów sami domagamy się pełniejszej kontroli nad tym, co się ukazuje w mediach społecznościowych. – Ale w efekcie oddajemy platformom prawo do tego, by nas cenzurowały.

Polska vs. Facebook: 0:3

– Regulamin Facebooka czy innego portalu nie może stanowić tzw. lex specialis, czyli wyłączenia wobec polskiego prawa – uspokajał kilka miesięcy temu jeden z prawników zajmujących się kwestiami ochrony danych osobowych. Pytałam go przy okazji blokad nałożonych na narodowe profile, czy faktycznie ich administratorzy nie mają żadnego środka, by się odwołać. Prawnik podpowiada, że jest kilka sposobów – po pierwsze, odesłanie do prawa amerykańskiego, na podstawie którego działa Facebook, to klauzula niedozwolona. Po drugie, można skorzystać z kodeksu wykroczeń, który przewiduje grzywny wobec osoby, która zajmując się świadczeniem usług, umyślnie, bez uzasadnionej przyczyny odmawia jej świadczenia. Można też spróbować dochodzić roszczeń na drodze cywilnej.

Tak właśnie zrobiła fundacja Reduta Dobrego Imienia, a konkretnie jej prezes Maciej Świrski. Portalowi Zucka zarzucił „cenzurę i dyskryminację ze względu na naród, poglądy polityczne i wyznanie”, co miało objawić się we wspomnianym blokowaniu informacji o Marszu Niepodległości w 2016 roku. Sąd zażądał dowodów na to, że poszkodowani są obywatelami Polski, więc Reduta zaczęła poszukiwania.

Przygotowała nawet specjalną formatkę z oficjalnym zawiadomieniem o zablokowaniu przez Facebooka, z którą można by się do fundacji zgłosić. Mimo to w listopadzie ubiegłego roku zapadło orzeczenie o częściowym odrzuceniu pozwu. Reduta odwołała się od tej decyzji do sądu apelacyjnego, a ten na początku tego roku uchylił decyzję i… od tamtej pory trwa wymiana pism między sądem a prawnikami fundacji i Facebooka. Sprawa nie ma wyznaczonego terminu, a Świrski zdążył już odejść z fundacji.

– I na tym właśnie polega problem z wielkimi platformami, które tworzą własne porządki prawne. Przegapiliśmy moment, gdy można je było jeszcze w zalążku skontrolować i przypilnować, by nie wpływały na ludzi bez udziału państw, w których działają. A teraz? Taki rynek jak Polska nie ma dla nich większego znaczenia. Jesteśmy za słabi, by się z nami liczyli – uważa Arwid Mednis. – Średnio wierzę w jakiekolwiek szanse na faktycznie skuteczną egzekutywę ochrony użytkownika. Owszem, może gdy pojawi się jakaś grzywna, to jeden czy drugi serwis z powodów wizerunkowych ją zapłaci, ale czy pod wpływem wyroku sądowego w Polsce faktycznie zmienią zasady funkcjonowania? Śmiem wątpić – ocenia dr Mednis. – Niestety jest chyba tylko jedna faktycznie skuteczna metoda na to, by nie dopuścić do równoległego funkcjonowania lex Facebook. Zamknąć się przed nim, tak jak to zrobiły Chiny – rozkłada ręce Litwiński.