• W ciągu sześciu lat wartość rynku usług IT na Ukrainie wzrosła ponad trzykrotnie.
  • Choć Grammarly odniosło międzynarodowy sukces, to Ukraina nie skupia się tylko na start-upach.
  • Jej specjalnością jest outsourcing usług IT, który w ciągu najbliższych lat może oczekiwać podwojenia liczby zamówień

- Po raz pierwszy poczułem, że faktycznie odnosimy globalny sukces, jakieś dwa lata temu. Byłem na technologicznej konferencji w Stanach Zjednoczonych, gdzie było pełno największych i najważniejszych firm z naszej branży. Niespodziewanie ich dyrektorzy, szefowie marketingu, najważniejsi menedżerowie ustawiali się w kolejce do mnie. Wszyscy dziękowali za to, że Grammarly ułatwia im życie - opowiada nam Igor Karpets, szef sprzedaży biznesowej w Grammarly. Igor oficjalnie często występuje jako Gregory Carpets, co - jak tłumaczy - nie ma nic wspólnego z ukrywaniem swojej ukraińskości. - Ani ja, ani firma nie udajemy amerykańskiego produktu. Owszem, działamy międzynarodowo, ale i tak nasza centrala wciąż jest w Kijowie - zapewnia. 

Rozmawiamy jednak we Lwowie, gdzie od pięciu lat odbywa się IT Arena - duże międzynarodowe wydarzenie, na które zjeżdżają najważniejsi ludzie związani z technologiami i cyfrowym biznesem na Ukrainie. Choć Lwów jest o wiele mniejszy niż Kijów i mniej w nim firm IT, to jednak ma ambicją, by zostać lokalną Doliną Krzemową. I te ambicje najlepiej pokazują, jak duże znaczenie dla rozwoju całej Ukrainy ma branża nowych technologii.

Przy czym motorem wzrostu wcale nie muszą być start-upy, nawet odnoszące takie sukcesy jak Grammarly.

20 proc. w górę 

W ciągu sześciu lat wartość rynku usług IT na Ukrainie wzrosła ponadtrzykrotnie. I co ważne, wzrosty wciąż utrzymują się na poziomie 20 proc. w skali roku. Eksport usług IT w 2017 roku sięgnął wartości 3,6 mld dolarów, co odpowiada 3,34 proc. PKB kraju. W trakcie najbliższych pięciu-siedmiu lat wartość ta może się nawet podwoić. I wcale nie są to wyliczenia na wyrost, bo, jak podaje komitet IT Europejskiego Stowarzyszenia Biznesu, w ostatnich dziesięciu latach potencjał eksportowy branży w tym kraju zwiększył się prawie sześciokrotnie.

Za tym cyfrowym boomem na Ukrainie stoi zjawisko, które jednoznacznie zdefiniowało, czym jest e-biznes w wydaniu naszego sąsiada: globalne ambicje. - Od początku było jasne, że jesteśmy sami za małym rynkiem i że każdy, kto chce faktycznie zarabiać, musi działać globalnie - mówi nam Stepan Veselovskyi, CEO Klastra IT Arena, który od pięciu lat zrzesza lwowski e-biznes. 

Takie też były początki Grammarly. Już od startu pod koniec 2009 roku wiadomo było, że musi ruszyć w świat, by mieć jakiekolwiek szanse na zarobek. I dziś widać, że ta strategia zadziałała. 

- Stany Zjednoczone to jakieś 70 proc., Kanada i Australia po 10 proc. naszych klientów. Pozostałe 10 proc. to reszta świata. Mowa oczywiście o klientach biznesowych, bo ci są dla funkcjonowania firmy kluczowi. To całe uczelnie czy firmy, które wykupują pakiety naszych usług. Ukraina? Tu korzystają z Grammarly co najwyżej prywatni klienci - ocenia Karpets. Nic dziwnego, w końcu jego firma oferuje narzędzie do sprawdzania poprawności językowej tekstów po angielsku. Ale by miała szansę faktycznie wyjść na świat, musiała opracować mechanizmy do kontroli kilkudziesięciu stylów pisania wiadomości - od pism naukowych po nieformalne maile. 

Kontrolerzy plagiatów 

Alex Shevchenko i Max Lytvyn, którzy stoją za Grammarly, poznali się podczas studiów na Międzynarodowym Uniwersytecie Chrześcijańskim w Kijowie. Była to jedna z pierwszych uczelni na Ukrainie, gdzie wszystkie zajęcia prowadzono po angielsku, a wykładowcami byli tylko Amerykanie. I to właśnie wtedy Shevchenko i Lytvyn zauważyli, że jest nisza, którą warto zamienić w biznes. Studenci, którzy mieli pisać w obcym języku, często szli na łatwiznę i plagiatowali całe prace z internetu.

Był 2000 rok, internet na Ukrainie właściwie dopiero raczkował i dla kadry profesorskiej (często nieświadomej luźnego podejścia do etyki w sprawach edukacji) wcale nie było jasne, że trzeba sprawdzać prace studentów pod kątem praw autorskich.

Firma badająca plagiaty na dobre powstała w 2004 r., kiedy Shevchenko wyjechał do Toronto na studia magisterskie. Sprawdzanie oryginalności tekstów nazywało się "My Dropbox", a firma dosyć szybko zdobyła sporą popularność na uczelniach. W 2007 r. w bazie klientów spółka miała 800 uniwersytetów i 2 mln studentów. Wtedy Ukraińcy zdecydowali, że sprzedadzą biznes. Musieli jednak się zobowiązać, że nie będą pracować nad konkurencyjnym oprogramowaniem przez dwa lata. 

Kilka dni po upływie terminu panowie zaczęli pracować razem, teraz już nad Grammarly. Plan był prosty - stworzyć oprogramowanie pomagające w uniwersyteckiej nauce języka angielskiego obcokrajowcom. Przez kilka lat firma pracowała nad produktem, ale nie dzieliła się nim z szerszym gronem użytkowników. Dopiero w 2015 r. stał się on otwarty i darmowy. To dało Grammarly wiatru w żagle. 

Nie nauka, ale maile

Tyle że kiedy firma wyszła na szersze rynki, okazało się, że źródło zainteresowania Grammarly wcale nie leży na uczelniach na Ukrainie, w Polsce, Estonii czy innych państwach, gdzie angielski jest obcym językiem. Wręcz przeciwnie - pomocy w poprawnym pisaniu potrzebują... osoby od urodzenia posługujące się angielskim ze Stanów, Kanady czy Australii. Najczęściej w pisaniu maili, oficjalnych dokumentów i korespondencji firmowej.

Poszli tym tropem i dołożyli klasyczny model biznesowy: freemium. Sprawdzanie tekstów jest w większości darmowe, jednak za kilkanaście dolarów miesięcznie można uzyskać dostęp do dodatkowych funkcji premium. Z tej opcji korzysta już co dziesiąty użytkownik serwisu.

Firma bazuje na uczeniu maszynowym. Algorytm coraz bardziej doskonali się w poprawnym pisaniu, którego potem uczy ludzi. A pomaga aż 7 mln osób dziennie. To na tyle dużo, że w ubiegłym roku fundusze inwestycyjne General Catalyst, IVP oraz Spark Capital wyłożyły na Grammarly aż 110 mln dolarów, by start-up zaczął wchodzić na wyższy poziom prac nad językiem.

- Emocje. To nad tym teraz pracujemy. Np. w mailach wszystko może wydawać się poprawnie napisane od strony gramatycznej, ale pewne wyrazy mogą je nacechowywać, np. bardzo rozkazująco. I właśnie odróżniania takich zwrotów uczymy teraz maszyny - opowiada nam Karpets. 

Zamiast jednorożców 

Jego firma dorobiła się oddziału w San Francisco, ale wciąż główną siedzibę ma w Kijowie. Jest obecnie największym sukcesem startupowego rynku Ukrainy. Sukcesem, którym ten kraj mógłby się chwalić niemal jak Estonia Skype'em czy Polska CD Projektem. A jednak Grammarly nie jest na sztandarach ukraińskiej rewolucji cyfrowej.

- Oczywiście, że doceniamy ich sukces, szczególnie że pokazuje potencjał Ukrainy w nowych technologiach. Ale jednak rynek u nas nie jest aż tak nastawiony na budowanie jednorożców - studzi Veselovskyi. - Co nie znaczy, że nie mamy ambicji. Wręcz przeciwnie, coraz silniejsze jest na Ukrainie przekonanie, że właśnie nowe technologie są szansą na to, by państwo mimo toczącego się konfliktu na wschodzie miało szansę na gonienie Europy - dodaje szef Klastra. 

Pokazują to dane, którymi e-biznes na Ukrainie chętnie się chwali. W samym tylko Lwowie, który liczy około 700 tys. mieszkańców, informatycy to około 20 tys. osób. A że średnio zarabiają 2 tys. euro, czyli kilkukrotnie więcej, niż wynosi średnia pensja, to - jak wyliczyło PWC - każdy z nich generuje dodatkowe trzy inne miejsca pracy dla miasta.

Brzmi to nieźle, ale już w zderzeniu z danymi dla całego regionu nie jest aż tak optymistycznie. Owszem, Ukraina ze 166 tys. programistów, jak podaje raport Central & Eastern Europe Developer Landscape 2017, jest drugim po Polsce krajem z największą liczbą specjalistów w tym zawodzie. Ale już w przeliczeniu ich na ogół pracujących mieszkańców -  z wynikiem 0,7 na 100 osób - jest na ostatnim miejscu. Lepiej wypada oczywiście Lwów z 5,7 programisty na 100 osób. To o wiele więcej niż średnia dla całego regionu wynosząca 1,3, ale jednak mniej niż bardzo podobnego liczebnie Krakowa, gdzie programistów jest już ok. 8 na 100 pracowników. Czyli do faktycznej Doliny Krzemowej im jeszcze bardzo daleko. 

Kraj outsourcingu 

Za to ewidentne wzrosty widać w tym, jak rozwija się rynek outsourcingu usług IT. W samym Lwowie firm z branży IT jest około 500, w Kijowie kilkukrotnie więcej i nie wyrabiają się z kolejnymi kontraktami z całego świata. Stoi za tym kilka czynników. Po pierwsze, Ukraina oferuje programistom zatrudnionym za kontraktach niezwykle niskie stawki podatkowe. Płacą oni ledwie 5-proc. podatek dochodowy, więc choć są kuszeni przez rynki sąsiednie - Polskę czy Estonię - jak i przez Europę Zachodnią czy USA, to wcale masowo nie decydują się na migrację. 

Wręcz przeciwnie - to zachodni gracze decydują się na usługi z Ukrainy. - I właśnie rodzime firmy outsourcingujące usługi programistyczne są dla nas najbardziej cenne, to on generują nowe miejsca pracy i odpowiadają za wzrost całej branży - zapewnia Veselovskyi. 

Nic dziwnego, skoro wśród klientów ukraińskich firm z branży IT wymienia się znane na całym świecie marki i firmy z listy Global Fortune 500, takie jak:  Versace, L'Oreal, Mastercard, TUI Group, Citi, Sephora, Crocs czy Lacoste. A w kolejce stoją kolejne. 
Ukraina zbudowała sobie w tym obszarze już tak silną pozycję, że przemysł IT może oczekiwać w ciągu najbliższych dwóch-czterech lat podwojenia liczby zamówień. I to bez ambicji posiadania start-upu, który zdobędzie miliardową wycenę. 

Pytanie jednak, jak długo ukraińscy programiści tańsi od swoich kolegów z Europy Zachodniej będą tym argumentem przyciągać zachodni biznes? I czy nie jest jednak lepszym modelem ten przyjęty przez Grammarly, w którym jest się nie tylko wykonawcą, ale również twórcą usług?